|
Dzięki tej stronie mogę podzielić się z Tobą powieścią DUCHY POWIETRZA. Od czasu, kiedy spisałam tę historię, przeleżała w szufladzie wiele miesięcy. Szuflada to dość przytulne miejsce - szczególnie jeśli się do niej zbyt często nie zagląda. Jestem jednak przekonana, że tu będzie jej znacznie lepiej. Tym bardziej, że zadbam o to, by DUCHY POWIETRZA stopniowo oswajały się z tą nową przestrzenią: co jakiś czas - jeśli się uda, raz w tygodniu - będę zamieszczać post z kolejnym fragmentem powieści. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, byś nie mogła czy nie mógł doczekać się kolejnej wizyty na tej stronie.
Blog > Komentarze do wpisu
16
Poranek był szary, ulice za oknem zgęstniałe od pośpiechu i zniecierpliwienia. Pokój zdawał się znacznie większy niż zwykle. Inez siedziała nieruchomo. Miała dziwaczne wrażenie, że ściany pomieszczenia odpychają się nawzajem z siłą jednakowych biegunów, a przedmioty, wyznaczające na co dzień rytm przestrzeni, zupełnie zastygły w bezruchu, odrętwiały na myśl o opuszczającym je życiu. Należało się spodziewać, że co najmniej na najbliższe dwa tygodnie wyjdą z użycia. Kiedy o tym pomyślała, zrobiło jej się przykro. Miała poczucie winy, jak gdyby nie chodziło wcale o krzesła, kubki, książki, lampkę nad łóżkiem czy koc leniwie opadający z oparcia fotela, ale o domowe zwierzęta, psy spoglądające oczami wypełnionymi tęsknotą i żalem. Uśmiechnęła się, rozbawiona tymi osobliwymi myślami i przełknęła odrobinę herbaty. - Przynajmniej nie narobicie bałaganu – wyszeptała, odkładając książkę na parapet – Tak, tak, udawaj, że to twoje miejsce… Smugi pary wodnej ospale wpełzały w szczeliny przestrzeni. Gorący napar parzył delikatną skórę warg i znieczulał koniuszek języka. Oblizała usta i nadęła je tak, że wargi zmieniły kolor; spłowiały róż ustąpił na krótką chwilę intensywnej czerwieni pomidora. Ściągnęła policzki i mimowolnie cmoknęła powietrze. Rozbawił ją dźwięk, jaki przy tym wydały usta. Przyszło jej do głowy, że jest rybą, która swym nienawykłym do oddechu pyszczkiem testuje wytrzymałość powierzchni wody, granicy swojego świata. Herbata smakowała jak wrzątek. Inez nie czuła aromatu, a tylko temperaturę płynu, który wypełniał jej usta i ospale ściekał po ściankach przełyku wprost do żołądka, gdzie mieszał się z roztworem kwasu solnego, roztartymi kawałkami bułki z sezamem i dżemem truskawkowym. - Śniadaniowy naturalizm… – wycedziła, pocierając rękami zaspane oczy. Z rozbawieniem uświadomiła sobie, że tam, w środku, jeszcze nigdy nie była, chociaż nie raz zakradała się po omacku do wnętrza brzucha wieloryba, na dno jeziora czy wgłąb czarnej odchłani, która rozpościerała się przed jej oczami, gdy zaciskała powieki. - Oj, nie wyspałam się dzisiaj – powiedziała głośno, zwracając się do zobojętniałej twarzy błękitnego buddy z plakatu nad łóżkiem. Budda wyglądał tak, jak gdyby też miał ochotę się zdrzemnąć. Jego oczy były na wpół zamknięte, a ciało rozluźnione, nieskrępowane konwencją stosownej postawy. Gdyby nie pozycja lotosu, można by podejrzewać, że obraz przedstawia człowieka silnie odurzonego, balansującego na granicy świadomości. - A może ty zwyczajnie masz kaca? – rzuciła zaczepnie, jak gdyby oczekiwała z jego strony ciętej riposty, koanu, paradoksalnej zagadki, która wytrąciłaby jej umysł z półsennej rutyny jednoznaczności i pobudziła do dialektycznego myślenia. Budda jednak nie przerywał milczenia. Podniosła się z łóżka i zbliżyła twarz do oblicza błękitnego mędrca. Spojrzała mu w oczy. - Szczerze mówiąc wolałabym, żebyś czasem dał mi jakąś dobrą radę – powiedziała głośno i wyraźnie, jak gdyby chciała obudzić śpiącego za ścianą współlokatora – Mam już dosyć stanu zawieszenia, ciągłego pobudzenia, niepokoju, wytężonej uwagi. Czuję się tak, jak gdybym kołysała się to w prawo, to w lewo, desperacko próbując utrzymać równowagę. Ale to na nic! Wychylenie jest zbyt silne, a ruch tak dynamiczny… Upadek jest nieuchronny. To tylko kwestia czasu. No właśnie… Zdawało się, że Budda Uzdrawiający pozostał niewzruszony, głuchy na wytrwałe prośby Inez. - Kobieto! Daj się wyspać! Spójrz, kurwa, na zegarek! – dało się nagle słyszeć tuż zza ściany. Inez uśmiechnęła się z przekąsem i wzięła dochodzące jej uszu słowa za dobrą monetę. - A jednak przemówiłeś! – wykrzyknęła z entuzjazmem. Spojrzała w stronę elektrycznego budzika i w tej samej chwili poderwała się na równe nogi. – Cholera! Ale się zasiedziałam… Już ósma! Tramwajem nie dam rady… Zamówiła taksówkę, dopięła plecak, posłała całusa błękitnemu buddzie i, starając się nie robić zbytniego hałasu, z bagażem na plecach i w niezawiązanych tenisówkach, pośpiesznie zamknęła drzwi na klucz i zbiegła na dół. Tym razem nie mogła się spóźnić. Kiedy jechała na lotnisko, zadzwoniła matka. Jak zwykle była trochę nieuważna, odrobinę zalękniona, rozedrgana na przemian to od czułych słówek, to od surowych napomknień… Jak gdyby chciała zapełnić gęstą cieczą swojego głosu wszystkie szczeliny w przestrzeni otaczającej jedyną córkę, zasłonić białe plamy na mapie jej życia, załatać wszystkie dziury, z których wydzierało nieznane jutro, zamienić przeznaczenie w dobry los. niedziela, 03 kwietnia 2011, yelele
TrackBack
|
|