Dzięki tej stronie mogę podzielić się z Tobą powieścią DUCHY POWIETRZA. Od czasu, kiedy spisałam tę historię, przeleżała w szufladzie wiele miesięcy. Szuflada to dość przytulne miejsce - szczególnie jeśli się do niej zbyt często nie zagląda. Jestem jednak przekonana, że tu będzie jej znacznie lepiej. Tym bardziej, że zadbam o to, by DUCHY POWIETRZA stopniowo oswajały się z tą nową przestrzenią: co jakiś czas - jeśli się uda, raz w tygodniu - będę zamieszczać post z kolejnym fragmentem powieści. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, byś nie mogła czy nie mógł doczekać się kolejnej wizyty na tej stronie.
Blog > Komentarze do wpisu
22

Była dopiero jedenasta. Niemal bezchmurne niebo rozpięte nad białymi skałami wybrzeża stopniowo pęczniało od południowego żaru, jednak jego siła nie mogła się jeszcze równać z mocą letnich upałów, od których oddech robi się słony, a ciało ospałe. Majowe słońce delikatnie smagało długie szyje morskich fal, mozaiką refleksów zdobiło powierzchnię wody i, ku uciesze leniwych jaszczurek i znużonych lotem owadów, ogrzewało grzbiety jasnych głazów. Jeszcze nie zadawało bólu, nie paliło skóry i nadal pozwalało rosnąć trawie na południowych zboczach pagórków. Ale wkrótce miały nadejść pierwsze uderzenia gorąca. Miejscowi przeczuwali nadchodzące upały, dlatego z nieufnością wynurzali się z cienia, bez entuzjazmu spoglądali w kierunku słońca. Wyróżniałam się z tłumu. Moje znużone zimą ciało łaknęło światła jak ukryta w gąszczu roślina. Zanim weszłyśmy do restauracji, przystanęłam na chwilę, przymknęłam oczy i odwróciłam twarz w stronę ciepłego nieba, by złowić kilka jasnych promieni.

- Idziesz? – zagadnęła Neus już zza progu restauracji.

- Claudia pisała, o której będzie? – spytałam półszeptem, jak gdybym nie chciała uzyskać odpowiedzi.

Pomieszczenie wypełniał zapach świeżo parzonej kawy wymieszany z wonią owoców morza i smażonej oliwy, którą nasiąkła pokrywająca ściany drewniana boazeria. Wewnątrz nie było nikogo poza szczupłą dziewczyną siedzącą przy barze nad pustą filiżanką i porannym wydaniem El Pais. Kiedy weszłyśmy, odwróciła się w kierunku drzwi, miękkim ruchem ręki odgarniając chmarę ciemnych włosów, i wtedy naszym oczom ukazał się jej szeroki, lśniący mleczną bielą równych zębów, uśmiech. Twarz miała uderzająco harmonijną, o wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych i dużych, brązowych oczach okolonych ciemnymi liniami symetrycznych brwi. Jej spojrzenie mówiło wszystko. Zanim wypowiedziała pierwsze słowa, już wiedziałam kim jest.

- Cześć, piękna! – zawołała, uderzając otwartą dłonią dębowy blat.

Neus podeszła do niej, energicznym ruchem przyciągnęła jej czuprynę do swojej twarzy i pocałowała w usta.

- To właśnie Emma – zwróciła się do mnie – moja dziewczyna.

- A ty pewnie jesteś Inez – zagadnęła tamta, zanim zdążyłam się przedstawić – Kuzynka z Polski, tak?

Potwierdziłam skinieniem głowy.

- A co wy macie takie posępne miny? Umarł ktoś?  - rzuciła, odgarniając smukłymi palcami kosmyk włosów z twarzy Neus.

Kuzynka rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie, wysunęła spod lady wysoki taboret i usiadła. Jej ciało było spięte, palce kurczowo zacisnęła na kolanach, ramiona usztywnione, nie falowały energicznie jak zazwyczaj przy każdym wypowiadanym zdaniu, a mimo to z zaskakującą łatwością dobierała słowa.

- Antonio przedwczoraj rano miał odebrać ją z lotniska – ruchem głowy wskazała na mnie - Wyjechał z domu, ale na lotnisko nie dotarł. Jak na razie nic nie wiadomo. Jego komórka nie odpowiada... Wczoraj byłyśmy na policji zgłosić zaginięcie – wyjaśniła.

Nie czułam potrzeby, aby cokolwiek dodawać, a już w najmniejszym stopniu nie znajdowałam w sobie sił, by użyć jednej z tych wypróbowanych formułek, odegrać narzuconą przez okoliczności rolę. Przyglądałam się temu, jak sceneria wymusza na mnie sekwencje ruchów i słów, jak próbuje mnie porwać, fala za falą, słowo za słowem... Jednak ja byłam jak jedna z tych przybrzeżnych skał o białych grzbietach, które w obliczu histerycznych uderzeń wody i słonego wiatru pozostają niewzruszone. Nie było w tym ani cienia tej przewrotności, którą fanatyczni miłośnicy buntu uznają za heroizm. Rewolucyjne bohaterstwo przeciwstawia się demonom statusu quo, temu, co jawi się jako struktura zamknięta i jednoznaczna. Tutaj nic nie było jednoznaczne. Obawy, przeczucia i marzenia stapiały się w jedno, a bieg czasu mógłby równie dobrze przyjąć odwrotny kierunek, bo centrum zdarzeń było wszędzie tam, gdzie gubiło się teraz. Stałam nieruchomo, odrętwiała i bezwolna, nie wydusiwszy z siebie ani słowa. Może to był tylko moment zawahania albo nieuwagi, ale czułam się tak, jak gdyby w ogóle mnie tam nie było, jakbym była duchem.

- Przykro mi – odparła po chwili Emma – Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

- Będzie co ma być – rzuciłam beznamiętnym tonem, zaskakując tym samą siebie. To była formułka na inną okazję.

- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? – zwróciła się Emma do Neus, wyrozumiale ignorując moje słowa – wróciłabym wczoraj, mogłabym pomóc.

- Wczoraj i tak było już za późno – skwitowałam na wpół ironicznie, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co mam na myśli. Chyba nieudolnie szukałam czegoś, co pozwoli mi wprawić serce w drżenie, duszę w ruch, odnaleźć rytm zdarzeń. Tymczasem jedyne, co przychodziło mi do głowy, to zdanie, które zwykle wypowiadałam prowokacyjnie i z niechęcią: Musimy być przecież jak dobrze naoliwione trybiki. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że odnalazłam jego głębszy sens, ukryty jak dotąd przed moimi oczami za zasłoną myślowych przyzwyczajeń.

Emma uniosła brwi ze zdziwienia.

- Czarny humor to jej specjalność? – rzuciła porozumiewawcze spojrzenie swojej dziewczynie.

- Nie, Inez to po prostu wariatka – podsumowała Neus i uśmiechnęła się w moją stronę.

To mnie odrobinę otrzeźwiło.

- Dzięki, że mi przypomniałaś, gdzie moje miejsce – odparłam ożywiona i co nieco rozbawiona – Może wyjdziemy na taras? Mam ochotę posiedzieć w słońcu...

- A ja zapalić – wycedziła konspiracyjnym szeptem Neus, puszczając oko do Emmy.

- Jarasz jak lokomotywa – skwitowała tamta, podając jej popielniczkę.

Nagle z zacienionego zaplecza wynurzyła się krągła postać w białym fartuchu, który kontrastował z karmelową barwą jej skóry.

- Ciepło dzisiaj, co, panny? – kobieta otarła pot z czoła.

- Cześć, Lenuta! – przywitała się Neus – Dzisiaj masz spokój, co? Nikt ci nie marudzi...

- Wiadomo co? – rzuciła bez ogródek, nie podejmując tematu.

- Na razie nic – odparła Neus.

Lenuta zmarszczyła czoło, spojrzała na mnie i kiwnęła głową, jakby przytakiwała, odpowiadając sobie samej na wcześniej zadane w myślach pytanie. Zmieniła temat:

- Nie wiem po co Carmen otwierała, jak kucharza nie ma – zawahała się, szukając w pamięci odpowiedniego słowa – Kazała mi lodówki myć... A teraz co? Ja mam za barem stać? – wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- I tak trzymać! – wtrąciła Neus posępnym tonem – Uśmiechaj się, przeklinaj po rumuńsku, a nie po hiszpańsku, dziękuj za napiwki i nie gub piany z piwa...

- E tam! – machnęła ręką, odwróciła się na pięcie i bez słowa zniknęła za drzwiami do kuchni.

- Zrobię kawę, co? – zaproponowała Neus.

- Dla mnie dużą z mlekiem i bez cukru – powiedziałam, spacerując pomiędzy stolikami.

Moją uwagę przykuły rozwieszone na ścianach różnych rozmiarów czarnobiałe i kolorowe fotografie w drewnianych ramkach. Większość z nich przedstawiała obsługę i klientów restauracji. Na kilku zdjęciach znalazłam ojca. Na wielu pojawiały się sylwetki Carmen i Julia. Wychodzących z restauracji żegnała rodzina, sądząc po niefrasobliwym ubiorze i wyrazie twarzy przywodzącym na myśl reklamy pasty do zębów, amerykańska, i około pięć lat młodsza Neus, z nieodłącznym chłopięcym urokiem w oczach, jeszcze z irokezem, pochylona nad paellą przyozdobioną rumianymi ciałami ogromnych krewetek. Wodziłam po rozwieszonych na ścianach fotografiach znużonym wzrokiem, może w nadziei, że na jednej z nich odnajdę siebie i będę mogła upewnić się, że moja obecność tutaj wcale nie jest bardziej przypadkowa niż wizyta zagranicznego turysty. Pomiędzy podobizną zajadającej lodowy deser dziewczynki i fotografią pary emerytów, znalazłam czarną twarz Mamalu, gwinejskiego pizzero, który mimo skończonych trzydziestu czterech lat musiał pokazywać paszport niemal za każdym razem, kiedy chciał kupić piwo w supermarkecie. Była w tym jakaś przewrotna logika wszechświata, ironia losu, wszak jako gorliwy wyznawca Allaha powinien unikać alkoholowych trunków. Teraz ma trzydzieści osiem lat - przeliczyłam szybko, więc może zakupy w sklepach samoobsługowych sprawiają mu już mniej trudności. Moje spojrzenie pobiegło dalej, w stronę północnej ściany. Zdziwiłam się odnajdując na jednym ze zdjęć Claudię. Musiało zostać zrobione niedawno, rok lub najdalej dwa lata temu, bo moja siostra sprawiała wrażenie młodej kobiety, nie niesfornego dziecka, jakim ją pamiętałam. Siedziała przy stoliku z dwudziestoparoletnim chłopakiem w służbowej koszuli. Jego twarz wydała mi się znajoma. Dłuższą chwilę zastanawiałam się, gdzie mogłam go poznać, jak by wyglądał, gdyby odjąć mu kilka lat. Niestety, mimo wysiłku, nic nie przychodziło mi do głowy. Miałam jednak nieodparte wrażenie, że go znam. Byłam pewna.

- Neus! – zawołałam kuzynkę, wyrywając ją z posępnego zamyślenia  – Co to za chłopak na zdjęciu obok Claudii?

Wyszła zza baru, zbliżyła się i stanęła tuż za moimi plecami, tak, że mogłam poczuć ciepło jej oddechu na swoim karku. Automatycznie zrobiłam krok do przodu, nawykła do zachowania większego dystansu w warunkach zwyczajnej rozmowy. Jak powszechnie wiadomo Hiszpanie zachowują mniejszą odległość w tych okolicznościach, nie wspominając o dotyku i poklepywaniu, które są na porządku dziennym. Antropolodzy spekulują, że być może jest to uwarunkowane ciemną barwą tęczówki u większości przedstawicieli południowych społeczeństw. W tych warunkach zachowanie znacznego dystansu uniemożliwia rozmówcy dojrzenie ruchu źrenic, który przecież stanowi jedno z kluczowych źródeł komunikatów niewerbalnych.

- Ten? – wskazała palcem – To Tony, były facet Eleny.

- Tony? – byłam pewna, że znam tylko jedną osobę o tym imieniu – Ale to ktoś stąd, tak? Poznaję go. Musiałam kiedyś go spotkać...

- Nie wydaje mi się. Na pewno z kimś go pomyliłaś. On jest peruwiańczykiem – kontynuowała Neus – pracował tu dwa lata temu.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć cokolwiek, wtrąciła się Emma z tacą na ramieniu:

- Zabieram kawę na taras! Chodźcie, zanim wystygnie...

Neus wyciagnęła z kieszeni paczkę papierosów i wyszła na zewnątrz. Taras tonął w blasku dnia. Słońce powoli wpełzało do środka, liżąc kamienną posadzkę. Rozejrzałam się wokół. Drobinki kurzu bezgłośnie tańczyły w jasnych smugach południa. Uniosłam rękę i zanurzyłam ją w gęstym snopie światła. Obnażone wnętrze dłoni zdawało się chłonąć subtelną pieszczotę ciepłych promieni. Kontury palców miękły. Nagle poczułam na policzkach łzy. Smutek, którego doznawałam, nie sprawiał wrażenia głębszego niż zazwyczaj, więc może nie była to wcale chwila wzruszenia, ale organiczna reakcja obronna na zbyt dużą ilość światła przedostającą się do wnętrza źrenic.

piątek, 16 września 2011, yelele

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
stat4u