Dzięki tej stronie mogę podzielić się z Tobą powieścią DUCHY POWIETRZA. Od czasu, kiedy spisałam tę historię, przeleżała w szufladzie wiele miesięcy. Szuflada to dość przytulne miejsce - szczególnie jeśli się do niej zbyt często nie zagląda. Jestem jednak przekonana, że tu będzie jej znacznie lepiej. Tym bardziej, że zadbam o to, by DUCHY POWIETRZA stopniowo oswajały się z tą nową przestrzenią: co jakiś czas - jeśli się uda, raz w tygodniu - będę zamieszczać post z kolejnym fragmentem powieści. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, byś nie mogła czy nie mógł doczekać się kolejnej wizyty na tej stronie.
RSS
sobota, 11 lutego 2012
"Pierścionek"

23 część "Duchów powietrza" to półmetek. Postanowiłam, że na razie zrobią sobie przerwę od Internetu. Może kiedyś uda się im znaleźć wydawcę ;) Wtedy na pewno informacja na ten temat znajdzie się na tej stronie. Tymczasem zamieszczam jednak coś na pocieszenie dla fanów mojej prozy.

 

Pamiętasz? To wciąż ten sam pierścionek, srebrny, z perłowym oczkiem. Nigdy nie przestałam go nosić. Chciałam, żeby mi pomógł pamiętać, a teraz przypomina jedynie o tym, jak wiele zapomniałam. Gdybym schowała go wtedy do małej czerwonej szkatułki, którą otwieram tylko przy okazji wiosennych porządków, może zachowałby swą moc. Jedno spojrzenie, dotyk zimnego metalu, dźwięk, jaki wydaje, gdy kładę go na drewnianym blacie… byłyby jak magiczne zaklęcie, które przywołuje tamten czas i miejsce, jak lupa, pozwalająca dostrzec znaczący detal, odczytać słowo ukryte w gąszczu zdań, może twoje imię. Kiedyś tak wyraźne, zapodziało się przy jednej z wielu przeprowadzek, zgubiło w korowodzie zdarzeń, zniknęło pod warstwami opadających każdej jesieni liści. Już o tobie nie śnię. Spoglądam jeszcze raz na pierścionek i usiłuję przypomnieć sobie tamte dłonie, smukłe jasne palce. Twój ciepły dotyk, dźwięk głosu, spojrzenie. I tamten przerwany w połowie dzień.

Zanim padnie ostatnie słowo, ludzie umierają. Śmierć kogoś bliskiego jest trochę jak gorączkowe rozedrganie umysłu po przebudzeniu z dusznego, kwaśnego snu, w który zupełnie nieoczekiwanie przeistoczyła się popołudniowa drzemka. Czas sprawia wrażenie zatęchłego i zagęszczonego tak bardzo, że rutynowe czynności z trudem przeciskają przezeń ciało. Wieczór traci swój przytulny charakter, oblepia wszystkie członki cierpkim odrętwieniem. Rozedrganie przestrzeni staje się nagle nie do zniesienia, tłamsi oddech, oblewa plecy dreszczem. Codzienność już dłużej nie przystaje do kształtu rzeczywistości. Uwiera. Dzień po dniu przywykasz do nowego stężenia czasoprzestrzeni, oswajasz układ odniesień, przestajesz rozpamiętywać... Ból kruszy się razem z naskórkiem. Ciszy ubywa, tęsknota miarowo płowieje, by ostatecznie przekształcić się zupełnie we wspomnienie żalu. Zanim całkowicie zrzucisz starą skórę, odchodzi przywiązanie. Drogi prowadzące donikąd, ślepe uliczki dawnych przyzwyczajeń zarastają, nikną w gąszczu wartkiego życia. Wydzierająca spoza nich pustka starczy w końcu tylko za skrawek nieba, które pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, ucieszy oko, wypełniając okno jasnym błękitem. Ale wtedy nie będziesz pamiętać, jak dojść do tych miejsc, których już nie ma. Strzępy wspomnień przesiąkną sennymi rojeniami, balon czasu napęcznieje od nowych wrażeń.

Ludziom wydaje się zwykle, że czas płynie, obradzając w kolejne momenty, i każda minuta równa jest poprzedniej, godzina - następnej, jak klatki taśmy filmowej, jak dźwięki utworu muzycznego, krople wody. Tik-tak, tik-tak… A jednak to tylko powodowane mechanistycznymi uprzedzeniami złudzenia. Choć zegary każą nam wierzyć w coś zupełnie innego, te wszystkie lata pozwoliły mi dostrzec prawdę. Energicznie poruszam palcami, dziergając kolejny szal. Już nawet uśmiecham się z przyzwyczajenia. Wygodnie mi za tą kurtyną codziennych rytuałów. Dziś już dobrze wiem, że kolejny rok będzie o połowę krótszy od bieżącego. Pamiętam jeszcze, że kiedyś, gdy byłam dzieckiem, dni wypełnione były długimi godzinami, deszczem i słońcem. Teraz nikną, przeciekają między palcami, poranki rozpuszczają się w wieczorach, lata mkną coraz szybciej, życie przyspiesza. A jednak narastająca prędkość to tylko złudzenie. Sęk w tym, że człowiek zawsze, niezależnie od wieku, może pomieścić w sobie tyle samo życia, ani odrobiny więcej.

Kiedy byłam dzieckiem, widziałam wszystko z bliska, każda chwila rozprężała się swobodnie w balonie czasu, zajmowała całą przestrzeń, jaśniała. Kształty i kolory były prawdziwe. W miarę jak dorastałam, życie zagęszczało się od kolejnych momentów, pączkowało, kwitło. Potem przyszły mknące lata, obrazy jasne i ciemne, wyraźne i zamazane. W tej chwili jest ich tak dużo, że potrzebuję lunety, bo dostrzec jeden z nich, by widzieć wyraźnie to co dzieje się teraz. Mówią, że to skleroza, ale ja dobrze wiem, co to oznacza. Niedługo skończy się miejsce. Wkrótce balon pęknie. Szkło skruszy się, zanim ostatnie ziarenko piasku osiądzie na dnie klepsydry. Dawno temu, kiedy dziadek sadzał mnie na bagażniku swojego roweru i jechaliśmy razem na przejażdżkę wzdłuż rzeki, wierzyłam, że z takich drobinek wyrastają kamienie. Z początku małe otoczaki, w ciągu setek lat przeistaczają się w ogromne głazy, a w końcu w skały drzemiące głęboko w ziemi. Nie wszystkie jednak mają tyle szczęścia. Jeśli ziarenko znajdzie się przypadkiem w brzuchu małża, który oblecze je warstwą masy perłowej, na długie lata pozostanie zamknięte w srebrzystobiałym kokonie. Ludzie mówią, że perły to łzy. Teraz została mi tylko jedna. Kiedyś ktoś mi ją podarował. To chyba byłeś ty.

piątek, 03 lutego 2012
Z lotu ptaka - kilka słów o "Sto lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza

„Sto lat samotności” to misterna sieć powiązań, którą autor wyplata z okruchów ludzkich namiętności, pragnień, lęków i tęsknoty, by ukazać ich ukryte znaczenie, wymiar, który umyka w zwyczajnej, codziennej perspektywie pojedynczego ludzkiego życia. Obraz, jaki staje się rezultatem jego pracy twórczej można by porównać do wizerunku rysunków z Nazca, które zyskują sens, dopiero gdy zobaczy się je z lotu ptaka. Kiedy jesteśmy zbyt blisko, na ziemi, gdy własnymi stopami stąpamy po ich konturach, nie mamy pojęcia, z czym naprawdę obcujemy. Tak samo jest z życiem poszczególnych bohaterów dzieła Márqueza, członków rodziny Buendía. Los, jaki staje się udziałem każdego z nich, sprawia wrażenie chaotyczniej siły, ślepej i pozbawionej sensu, jednak gdy zmienimy perspektywę, dostatecznie się oddalimy, kiedy obejmiemy wzrokiem cały wiek, tytułowe sto lat, wówczas zobaczymy obraz harmonijny i piękny, dojrzymy istotę biegu zdarzeń, która z perspektywy pojedynczego życia, uwikłanego w namiętności i tęsknoty, tylko w nielicznych przypadkach może zostać w pełni uchwycona. Tym wyjątkowym przypadkiem jest Aureliano Babilonia, ostatni potomek rodu. To jemu udaje się dostrzec porządek rzeczywistości, przydarza mu się to, co jest udziałem nielicznych: zobaczenie swojego miejsca w biegu życia, zrozumienie swojego losu, nawet jeśli wcale nie jest taki, jakiego by się dla siebie pragnęło. 

Dla przeciętnego człowieka sto lat losów ludzkich to szmat czasu, o wiele więcej niż błysk pojedynczej iskry czy trwanie bańki mydlanej, a jednak w każdym z nich kryje się ta sama natura, ten sam mechanizm: pod dotknięciem wiatru znikają w nicości. W ciemności gubi się okruch ognia, pęka delikatna, mieniąca się kolorami tęczy przejrzysta powłoka bańki, korowód postaci niknie w zapomnieniu. Jest tak, jak gdyby nigdy ich nie było.

środa, 12 października 2011
23

Matka zaproponowała, że odwiezie mnie na stację. Nawet nie spytała czy nie wolałabym, żeby pojechała ze mną. Nie mam jej tego za złe, ale wiem, że prędzej czy później będzie miała o to do siebie pretensje. Teraz uspokaja się jeszcze myślą, że to pewnie tylko kolejny wyskok ojca, desperacka próba przełamania naturalnego biegu zdarzeń, tego, co inni nazywają naturalnym biegiem zdarzeń... Ja też wciąż mam nadzieję, że tak właśnie jest, że to jedynie kolejny wybryk, że lada moment zadzwoni telefon, a na ekranie wyświetli się „Ojciec Antonio”; Ojciec Antonio... co najmniej tak, jakby był księdzem, nomen omen, albo jak gdybym miała kilku ojców. Mam tylko jednego, co trudno powiedzieć o moich siostrach. One mają jedynie matki. To oczywiście przesada, ale naiwnie jest udawać, że gdy się o czymś myśli, zachowuje się równowagę. Każda refleksja, bardziej czy mniej dogłębna, kończy się uchwyceniem kontrastu. A żeby dostrzec granicę, należy wyolbrzymić różnicę. Nasze umysły mamią się przeciwieństwami. Duże – małe, dobre – złe, nowe – stare... Życie – śmierć.

Gdzieś pomiędzy leży prawda, ale ona nie oddziałuje tak silnie na moją wyobraźnię. Pomiędzy tak i nie... Nie jest ani zwątpieniem, ani wstrzymaniem się od sądu, ani kompromisem, ani sumą kilku możliwości... Najbliżej jej chyba do pytania, byle nie było retoryczne. Duszno mi. Znowu tu jestem. Dom pachnie ojcem, co do tej pory starałam się ignorować. Inez sprawia wrażenie nieobecnej, prawie nic nie mówi, a kiedy się odezwie, wszystkich wprawia to w zakłopotanie. Odkąd była tu ostatni raz, bardzo się zmieniła. Ona i Elena to kompletne przeciwieństwa. Znów wyolbrzymiam, ale tak mi wygodniej. Przekłamania pozwalają zachować skupienie, stworzyć opowieść, odnaleźć sens zdarzeń.  Zresztą, muszę się silić na zdrowy rozsądek, o którym mam niezbyt dobre mniemanie, na skrajną ignorancję; żeby je obie spłaszczyć do takiego wymiaru, w którym jedna staje się antytezą drugiej. Uproszczenia mają jednak wiele zalet praktycznych. Pozwalają na przykład wyznaczać cele, wierzyć w to, że dążenie do nich ma w ogóle jakiś sens. Z trudem przełykam ślinę. Mam złe przeczucia. Kiedy myślę o najgorszym, nie wyobrażam sobie przebiegu wydarzeń. Widzę tylko tragiczny rezultat. Nie martwego ojca, ale informację na temat jego śmierci. To zupełnie co innego. Ten statyczny obraz łatwiej oswoić niż wizję następujących po sobie wypadków. Umysł może odgrywać ten scenariusz w nieskończoność, a ja za każdym razem mam wrażenie, że jestem w centrum zdarzeń, choćby tylko dlatego, że je obserwuję; wydaje mi się, że mogę zareagować, że wciąż jestem w stanie wszystko zmienić. Fizycznie mnie tam nie ma, pewnie nawet to „tam”, w takiej formie, w jakiej potrafię je sobie wyobrazić, nie istnieje; albo raczej nie zaistniało. Jeśli coś strasznego miało się stać, to przecież już się wydarzyło; do póki jednak nie mam pewności, to wciąż jest teraźniejszość, to wciąż jest moment wyboru i działania. Iluzja? Bezsilność jest najgorsza. Nie ma mnie tam, ale czuję się tak jak gdyby wystarczyła jedna myśl, dobra, a może zła intencja, błogosławieństwo albo klątwa rzucona w odpowiednim kierunku; mogą być przecież jak trzepot skrzydła motyla, o którym mówią, że potrafi wywołać huragan. A jednak telefon nie dzwoni. Może przeklinam tego, kogo powinnam błogosławić. Pytam ją, co o tym wszystkim myśli? Inez głaszcze psa i mówi, że to magia. A ona nie wierzy w jej skuteczność, tak przynajmniej stwierdza. Dziwię się, bo jeszcze chwilę temu zdawała się przekonywać mnie o czymś zupełnie odwrotnym. Wyjaśnia, że problem nie polega na tym, że to nie działa, ale jak działa. Nie bardzo rozumiem. Zaczyna mówić o środkach i celach, chyba chodzi jej o to, że pierwsze myli się z drugimi. Już jej nie słucham. Wyobrażam sobie, że ojciec nie żyje. W jednej chwili się wzdrygam, czuję ukłucie bólu pod mostkiem. Usiłuję zignorować ciemny obraz, który przysłania mi wszystkie inne, próbuję zrozumieć słowa wypowiadane przez Inez, ale mam wrażenie, że mówi w obcym języku. Wsłuchuję się w brzmienie jej głosu i staram się rozróżnić pojedyncze wyrazy, ułożyć je w zdania, przeczytać i pojąć ich sens. Jej usta poruszają się po woli. Znowu pauza i oddech. Obserwuję jej twarz, oczy. Kształt nosa ma po ojcu, foremny, wąski, z niewielką wypukłością wzdłuż kości. Płatki nosa poruszają się delikatnie, kiedy wciąga do płuc kolejną porcję powietrza; jak skrzydła odpoczywającego na barwnym kwiecie motyla, ich ruch zdradza jego obecność. Oddycham w tym samym, nieregularnym rytmie, który towarzyszy jej opowieści. Wyobrażam sobie zwierciadlany ruch moich własnych nozdrzy. Patrzę na jej twarz i czuję się tak, jak gdybym przeglądała się w lustrze. Pytam, dlaczego mówi po polsku. Przecież i tak mnie nie słuchasz, odpowiada. Śmiejemy się. Czy to normalne w tych okolicznościach? Nie wiem, co jej odpowiedzieć. Zmieniam temat. Pytam, kim jest Marek. Mówi, że to przyjaciel. Waha się i czeka aż zadam kolejne pytanie. Ale ja chyba nie mam do tego chęci. Po chwili dodaje, że był kiedyś z Agnieszką. Potem jednak potrząsa głową w przeczącym geście i wyjaśnia, że to nie tak, że nie do końca o to chodziło. Sypiali ze sobą?, rzucam retorycznie, bez ogródek. Inez zastanawia się chwilę. Bez zdecydowania przytakuje, po czym wyjaśnia, że to nie wszystko. Nie mam ochoty jej ciągnąć za język, choć widzę, że chciałaby o tym ze mną porozmawiać. Nie chcę słuchać znów o Agnieszce, na pewno nie dziś.



poniedziałek, 10 października 2011
W cieniu czarno-białych masek - recenzja "Beltenebros" Antonia Muñoza Moliny

Znów "na marginesie", ale może kogoś ucieszy:

Główny bohater powieści przybywa do Hiszpanii, by zabić człowieka, którego nigdy wcześniej nie spotkał. Pościg za ofiarą zamienia się jednak stopniowo w pogoń za sobą samym, za prawdą o swoim życiu. Gdy ta prawda zaczyna się wyłaniać, okazuje się, że nie można jej dostrzec w jasnym świetle dnia, które nadaje ludziom i zdarzeniom wyraźne kontury dobra i zła, piękna i brzydoty. Prawda wymyka się tym kategoriom, przybiera odcienie szarości i daje się uchwycić dopiero w półmroku. Dopiero w półmroku Darman – główny bohater powieści pojmuje, że choć nie mógł jej dostrzec, przez cały czas miał ją przed oczami. Tak samo jak na lotnisku - po przyjeździe do Madrytu - miał przed oczami odbicie swojej twarzy w kawiarnianej szybie. Jednak nie mógł jej dostrzec pośród innych: „.. kiedy w końcu ją spostrzegłem, drobną i odległą, zagubioną, banalną, wydała mi się twarzą kogoś innego, może tego kim jestem, nic o tym nie wiedząc”[1].

Beltenebros to książę cienia. Cień jest władcą sensów, które nadajemy rzeczywistości, a Molina mistrzowsko włada jego językiem - językiem półmroku. Można odnieść wrażenie, że fabuła „Beltenebros” – choć tak przyciągająca uwagę do samego końca – stanowi tylko pretekst, by oddać subtelną naturę ludzkiej tożsamości, by zdemaskować pozory jednoznaczności i kruchość podstawy, na której człowiek buduje sens swojego życia, na której buduje sens, jaki przypisuje życiu innych ludzi.

„Beltenebros” to opowieść Darmana - to z jego perspektywy czytelnik śledzi rozwój wydarzeń. Ta perspektywa nadaje sens oraz bieg fabule i jest wyrazem przenikliwości i zrozumienia autora dla ludzkiej natury, dla natury subiektywności, której doświadczenie znacznie odbiega od pozorów, jakie ludzie uwieczniają w słowach hymnów pochwalnych i w pomnikach bohaterów. Darman – bohater na miarę swojej sprawy – odnosi się sceptycznie do roli przypisanej mu przez „towarzyszy broni”, jednak ostatecznie maska bohatera okazuje się nader często stanowić bezpieczne schronienie, niczym nawyk, który staje się drugą naturą człowieka: „(…) kiedy się goliłem, zdzierając z twarzy oznaki zmęczenia i szary cień zarostu, zacząłem powoli odzyskiwać odporność, którą przez tyle lat wypracowałem albo nauczyłem się udawać, bo przypisywały mi ją spojrzenia innych”[2].

Jednak Darman nie jest jednym z tych – o ile tacy w ogóle istnieją – którym dane jest ulec iluzji swoich przyzwyczajeń i pomylić ją z prawdą o sobie i swoim miejscu w świecie. Choć może na początku tylko coś przeczuwa. Przeczuwa, że niezłomność jego wieloletniej rutyny nie jest w stanie dać mu poczucia sensu. Ale – paradoksalnie – to właśnie ta rutyna doprowadza go do miejsca, z którego może zobaczyć swoją twarz wyraźnie, jak gdyby znalazł się nagle po drugiej stronie lustra.



---
[1] Antonio Muñoz Molina, „Beltenebros”, przeł. Wojciech Charchalis, wyd. Rebis, Poznań 2000, s. 52.
[2] Ibidem, s. 128.

poniedziałek, 03 października 2011
Literacki blog roku - konkurs

Dziś ruszył konkurs na literacki blog roku. Zgłoszonych zostało ponad 100 blogów zawierających twórczość literacką autorów lub teksty o literaturze. Każdy internauta może oddać głos na wybrany przez siebie blog. Zapraszam do udziału w głosowaniu. Tutaj można zagłosować na "Duchy powietrza", do czego gorąco zachęcam.

Wszystkim, którzy zdecydują się oddać swój głos akurat na "Duchy...", serdecznie dziękuję.

piątek, 16 września 2011
22

Była dopiero jedenasta. Niemal bezchmurne niebo rozpięte nad białymi skałami wybrzeża stopniowo pęczniało od południowego żaru, jednak jego siła nie mogła się jeszcze równać z mocą letnich upałów, od których oddech robi się słony, a ciało ospałe. Majowe słońce delikatnie smagało długie szyje morskich fal, mozaiką refleksów zdobiło powierzchnię wody i, ku uciesze leniwych jaszczurek i znużonych lotem owadów, ogrzewało grzbiety jasnych głazów. Jeszcze nie zadawało bólu, nie paliło skóry i nadal pozwalało rosnąć trawie na południowych zboczach pagórków. Ale wkrótce miały nadejść pierwsze uderzenia gorąca. Miejscowi przeczuwali nadchodzące upały, dlatego z nieufnością wynurzali się z cienia, bez entuzjazmu spoglądali w kierunku słońca. Wyróżniałam się z tłumu. Moje znużone zimą ciało łaknęło światła jak ukryta w gąszczu roślina. Zanim weszłyśmy do restauracji, przystanęłam na chwilę, przymknęłam oczy i odwróciłam twarz w stronę ciepłego nieba, by złowić kilka jasnych promieni.

- Idziesz? – zagadnęła Neus już zza progu restauracji.

- Claudia pisała, o której będzie? – spytałam półszeptem, jak gdybym nie chciała uzyskać odpowiedzi.

Pomieszczenie wypełniał zapach świeżo parzonej kawy wymieszany z wonią owoców morza i smażonej oliwy, którą nasiąkła pokrywająca ściany drewniana boazeria. Wewnątrz nie było nikogo poza szczupłą dziewczyną siedzącą przy barze nad pustą filiżanką i porannym wydaniem El Pais. Kiedy weszłyśmy, odwróciła się w kierunku drzwi, miękkim ruchem ręki odgarniając chmarę ciemnych włosów, i wtedy naszym oczom ukazał się jej szeroki, lśniący mleczną bielą równych zębów, uśmiech. Twarz miała uderzająco harmonijną, o wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych i dużych, brązowych oczach okolonych ciemnymi liniami symetrycznych brwi. Jej spojrzenie mówiło wszystko. Zanim wypowiedziała pierwsze słowa, już wiedziałam kim jest.

- Cześć, piękna! – zawołała, uderzając otwartą dłonią dębowy blat.

Neus podeszła do niej, energicznym ruchem przyciągnęła jej czuprynę do swojej twarzy i pocałowała w usta.

- To właśnie Emma – zwróciła się do mnie – moja dziewczyna.

- A ty pewnie jesteś Inez – zagadnęła tamta, zanim zdążyłam się przedstawić – Kuzynka z Polski, tak?

Potwierdziłam skinieniem głowy.

- A co wy macie takie posępne miny? Umarł ktoś?  - rzuciła, odgarniając smukłymi palcami kosmyk włosów z twarzy Neus.

Kuzynka rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie, wysunęła spod lady wysoki taboret i usiadła. Jej ciało było spięte, palce kurczowo zacisnęła na kolanach, ramiona usztywnione, nie falowały energicznie jak zazwyczaj przy każdym wypowiadanym zdaniu, a mimo to z zaskakującą łatwością dobierała słowa.

- Antonio przedwczoraj rano miał odebrać ją z lotniska – ruchem głowy wskazała na mnie - Wyjechał z domu, ale na lotnisko nie dotarł. Jak na razie nic nie wiadomo. Jego komórka nie odpowiada... Wczoraj byłyśmy na policji zgłosić zaginięcie – wyjaśniła.

Nie czułam potrzeby, aby cokolwiek dodawać, a już w najmniejszym stopniu nie znajdowałam w sobie sił, by użyć jednej z tych wypróbowanych formułek, odegrać narzuconą przez okoliczności rolę. Przyglądałam się temu, jak sceneria wymusza na mnie sekwencje ruchów i słów, jak próbuje mnie porwać, fala za falą, słowo za słowem... Jednak ja byłam jak jedna z tych przybrzeżnych skał o białych grzbietach, które w obliczu histerycznych uderzeń wody i słonego wiatru pozostają niewzruszone. Nie było w tym ani cienia tej przewrotności, którą fanatyczni miłośnicy buntu uznają za heroizm. Rewolucyjne bohaterstwo przeciwstawia się demonom statusu quo, temu, co jawi się jako struktura zamknięta i jednoznaczna. Tutaj nic nie było jednoznaczne. Obawy, przeczucia i marzenia stapiały się w jedno, a bieg czasu mógłby równie dobrze przyjąć odwrotny kierunek, bo centrum zdarzeń było wszędzie tam, gdzie gubiło się teraz. Stałam nieruchomo, odrętwiała i bezwolna, nie wydusiwszy z siebie ani słowa. Może to był tylko moment zawahania albo nieuwagi, ale czułam się tak, jak gdyby w ogóle mnie tam nie było, jakbym była duchem.

- Przykro mi – odparła po chwili Emma – Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

- Będzie co ma być – rzuciłam beznamiętnym tonem, zaskakując tym samą siebie. To była formułka na inną okazję.

- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? – zwróciła się Emma do Neus, wyrozumiale ignorując moje słowa – wróciłabym wczoraj, mogłabym pomóc.

- Wczoraj i tak było już za późno – skwitowałam na wpół ironicznie, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co mam na myśli. Chyba nieudolnie szukałam czegoś, co pozwoli mi wprawić serce w drżenie, duszę w ruch, odnaleźć rytm zdarzeń. Tymczasem jedyne, co przychodziło mi do głowy, to zdanie, które zwykle wypowiadałam prowokacyjnie i z niechęcią: Musimy być przecież jak dobrze naoliwione trybiki. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że odnalazłam jego głębszy sens, ukryty jak dotąd przed moimi oczami za zasłoną myślowych przyzwyczajeń.

Emma uniosła brwi ze zdziwienia.

- Czarny humor to jej specjalność? – rzuciła porozumiewawcze spojrzenie swojej dziewczynie.

- Nie, Inez to po prostu wariatka – podsumowała Neus i uśmiechnęła się w moją stronę.

To mnie odrobinę otrzeźwiło.

- Dzięki, że mi przypomniałaś, gdzie moje miejsce – odparłam ożywiona i co nieco rozbawiona – Może wyjdziemy na taras? Mam ochotę posiedzieć w słońcu...

- A ja zapalić – wycedziła konspiracyjnym szeptem Neus, puszczając oko do Emmy.

- Jarasz jak lokomotywa – skwitowała tamta, podając jej popielniczkę.

Nagle z zacienionego zaplecza wynurzyła się krągła postać w białym fartuchu, który kontrastował z karmelową barwą jej skóry.

- Ciepło dzisiaj, co, panny? – kobieta otarła pot z czoła.

- Cześć, Lenuta! – przywitała się Neus – Dzisiaj masz spokój, co? Nikt ci nie marudzi...

- Wiadomo co? – rzuciła bez ogródek, nie podejmując tematu.

- Na razie nic – odparła Neus.

Lenuta zmarszczyła czoło, spojrzała na mnie i kiwnęła głową, jakby przytakiwała, odpowiadając sobie samej na wcześniej zadane w myślach pytanie. Zmieniła temat:

- Nie wiem po co Carmen otwierała, jak kucharza nie ma – zawahała się, szukając w pamięci odpowiedniego słowa – Kazała mi lodówki myć... A teraz co? Ja mam za barem stać? – wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- I tak trzymać! – wtrąciła Neus posępnym tonem – Uśmiechaj się, przeklinaj po rumuńsku, a nie po hiszpańsku, dziękuj za napiwki i nie gub piany z piwa...

- E tam! – machnęła ręką, odwróciła się na pięcie i bez słowa zniknęła za drzwiami do kuchni.

- Zrobię kawę, co? – zaproponowała Neus.

- Dla mnie dużą z mlekiem i bez cukru – powiedziałam, spacerując pomiędzy stolikami.

Moją uwagę przykuły rozwieszone na ścianach różnych rozmiarów czarnobiałe i kolorowe fotografie w drewnianych ramkach. Większość z nich przedstawiała obsługę i klientów restauracji. Na kilku zdjęciach znalazłam ojca. Na wielu pojawiały się sylwetki Carmen i Julia. Wychodzących z restauracji żegnała rodzina, sądząc po niefrasobliwym ubiorze i wyrazie twarzy przywodzącym na myśl reklamy pasty do zębów, amerykańska, i około pięć lat młodsza Neus, z nieodłącznym chłopięcym urokiem w oczach, jeszcze z irokezem, pochylona nad paellą przyozdobioną rumianymi ciałami ogromnych krewetek. Wodziłam po rozwieszonych na ścianach fotografiach znużonym wzrokiem, może w nadziei, że na jednej z nich odnajdę siebie i będę mogła upewnić się, że moja obecność tutaj wcale nie jest bardziej przypadkowa niż wizyta zagranicznego turysty. Pomiędzy podobizną zajadającej lodowy deser dziewczynki i fotografią pary emerytów, znalazłam czarną twarz Mamalu, gwinejskiego pizzero, który mimo skończonych trzydziestu czterech lat musiał pokazywać paszport niemal za każdym razem, kiedy chciał kupić piwo w supermarkecie. Była w tym jakaś przewrotna logika wszechświata, ironia losu, wszak jako gorliwy wyznawca Allaha powinien unikać alkoholowych trunków. Teraz ma trzydzieści osiem lat - przeliczyłam szybko, więc może zakupy w sklepach samoobsługowych sprawiają mu już mniej trudności. Moje spojrzenie pobiegło dalej, w stronę północnej ściany. Zdziwiłam się odnajdując na jednym ze zdjęć Claudię. Musiało zostać zrobione niedawno, rok lub najdalej dwa lata temu, bo moja siostra sprawiała wrażenie młodej kobiety, nie niesfornego dziecka, jakim ją pamiętałam. Siedziała przy stoliku z dwudziestoparoletnim chłopakiem w służbowej koszuli. Jego twarz wydała mi się znajoma. Dłuższą chwilę zastanawiałam się, gdzie mogłam go poznać, jak by wyglądał, gdyby odjąć mu kilka lat. Niestety, mimo wysiłku, nic nie przychodziło mi do głowy. Miałam jednak nieodparte wrażenie, że go znam. Byłam pewna.

- Neus! – zawołałam kuzynkę, wyrywając ją z posępnego zamyślenia  – Co to za chłopak na zdjęciu obok Claudii?

Wyszła zza baru, zbliżyła się i stanęła tuż za moimi plecami, tak, że mogłam poczuć ciepło jej oddechu na swoim karku. Automatycznie zrobiłam krok do przodu, nawykła do zachowania większego dystansu w warunkach zwyczajnej rozmowy. Jak powszechnie wiadomo Hiszpanie zachowują mniejszą odległość w tych okolicznościach, nie wspominając o dotyku i poklepywaniu, które są na porządku dziennym. Antropolodzy spekulują, że być może jest to uwarunkowane ciemną barwą tęczówki u większości przedstawicieli południowych społeczeństw. W tych warunkach zachowanie znacznego dystansu uniemożliwia rozmówcy dojrzenie ruchu źrenic, który przecież stanowi jedno z kluczowych źródeł komunikatów niewerbalnych.

- Ten? – wskazała palcem – To Tony, były facet Eleny.

- Tony? – byłam pewna, że znam tylko jedną osobę o tym imieniu – Ale to ktoś stąd, tak? Poznaję go. Musiałam kiedyś go spotkać...

- Nie wydaje mi się. Na pewno z kimś go pomyliłaś. On jest peruwiańczykiem – kontynuowała Neus – pracował tu dwa lata temu.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć cokolwiek, wtrąciła się Emma z tacą na ramieniu:

- Zabieram kawę na taras! Chodźcie, zanim wystygnie...

Neus wyciagnęła z kieszeni paczkę papierosów i wyszła na zewnątrz. Taras tonął w blasku dnia. Słońce powoli wpełzało do środka, liżąc kamienną posadzkę. Rozejrzałam się wokół. Drobinki kurzu bezgłośnie tańczyły w jasnych smugach południa. Uniosłam rękę i zanurzyłam ją w gęstym snopie światła. Obnażone wnętrze dłoni zdawało się chłonąć subtelną pieszczotę ciepłych promieni. Kontury palców miękły. Nagle poczułam na policzkach łzy. Smutek, którego doznawałam, nie sprawiał wrażenia głębszego niż zazwyczaj, więc może nie była to wcale chwila wzruszenia, ale organiczna reakcja obronna na zbyt dużą ilość światła przedostającą się do wnętrza źrenic.

wtorek, 13 września 2011
na marginesie

Opowiadacze świata

Zapraszam na stronę projektu "Opowiadacze świata", gdzie można znaleźć opowieści pochodzące z najodleglejszych zakątków naszej planety. Zostały one zredagowane w taki sposób, by rodzice i opiekunowie z przyjemnością mogli czytać je dzieciom i aby rozpalały wyobraźnię młodych ludzi także w naszym kręgu kulturowym. Na stronie regularnie publikowane są kolejne opowieści. Wśród wielu fascynujących baśni, legend i mitów pojawią się także takie, które zostały przetłumaczone i opracowane przeze mnie (w tej chwili można już przeczytać "Opowieść o nietoperzu"). Życzę owocnej lektury!

czwartek, 01 września 2011
21

Posłuchaj, teraz już rozumiem. Czuję się tak jak gdybym nagle odzyskała pamięć, jakby przerwana została tama, za którą do tej pory spiętrzała się rzeka mojej duszy, opadła zasłona, której miękka tkanina amortyzowała wszystkie moje upadki. Teraz nie ma żadnej osłony, ale to nie jest wcale najbardziej dotkliwe. To co budzi największą grozę to przestrzeń. Każda czynność i doznanie rozciąga się w nieskończoność. Pojedynczy dźwięk i obraz huczy mi w głowie, zamiera, by trwać wiecznie. Najgorsze są doznania dotykowe. To nie ma nic wspólnego z bólem, ale tak jak on wykrzywia czas. Każe mu zataczać koło, powracać zanim minie, wtłaczać we mnie więcej, niż jestem w stanie pomieścić. Odsłaniam kolejne warstwy, a żadna nie jest tą ostatnią. Nie mogę odpocząć, przystanąć w żadnym miejscu, bo ono rozpuszcza się jak senny pejzaż, załamuje i pęka, a ja kruszę się razem z nim. Rozpada się następna skorupa, sens, który pozwalał zamknąć strumień doznań w twardych ramach rzeczywistości. Jej faktura przypomina grząskie podłoże, piach, w którym gubi się stopa szukająca bezpiecznego oparcia, przybrzeżny muł, bagno. Jej bezmiar ostatecznie pochłania wszystko, od pojedynczego istnienia po dzieje galaktyk. Przestrzeń zamienia się w pustkę, a skoro tak, to przecież może równie dobrze być pojedynczym punktem, bez treści i znaczenia, punktem zapomnianym jak Bóg, który nie istnieje. Ten pozaświatowy Bóg, który wzniósł się tak wysoko, że nie dostrzega już nie tylko ziarnka piasku w szczelinie skały, ale i mnie ze wzrokiem utkwionym w czarnym niebie. Pytasz czym jest szaleństwo? To oddech tych, którzy mnie śledzą, to oddech tych wszystkich, którymi się nie stałam, których zostawiłam za sobą. I choć już dawno stracili ciało z krwi i kości, zlali się w jedno z bezkształtnym cieniem, wciąż czuję ich tchnienie na swoim karku. Nadal słyszę ich myśli, wciąż śnię ich sny. Jak wyjść poza ten koszmar? Nieporadne próby, bezsilne słowa… Teraz już powoli przechodzi, płowieje, blaknie. Czuję się tak, jak gdybym zasypiała, ale nadal słyszę szepty wiatru, jeszcze rozumiem mowę chmur… Wciąż mogę je przywołać, poczuć i rozpoznać ich sens. Wystarczy, że znów otworzę oczy. Pierwszy raz pojmuję, że mam wybór. Może wcześniej nie był mi dany. Nie pamiętam. Balansuję na krawędzi, ale brak mi wprawy, a może siły woli, odwagi... Muszę uważać, by tego przypadkiem nie zrobić, żeby moja uwaga nie podążyła za krzykiem demona. To chyba nigdy się nie kończy. Każde doznanie wrasta w nieskończoność, powtarza się, zanim przyjdzie kolejne, jak gdyby czas się zapętlił, zaciął się jak porysowana płyta. Czym jest ta rysa, która sprawia, że znowu tu jestem? Szum... Jakby gubiło się „teraz” i coś z niedowierzaniem powtarzało w mojej głowie: „Aha!”. Moje ciało drży. O co chodzi? Kim jestem? Gdzie się zgubiłam? Czy życie jest czymś więcej niż tym krótkim momentem olśnienia, chwilą, którą przecież wolałabym z siebie jak najprędzej zrzucić? Zapomnieć i powrócić do półsennej rutyny wyznaczanej potrzebami codzienności, przymusem ruchu i dążenia. Kolejne pytania zadawane coraz bardziej bezsilnymi słowami… Im bardziej elokwentny wywód, tym bardziej groteskowy… Bezwładny, sparaliżowany język, gęsta zawiesina myśli... Krzyczą jak oszalałe. To nie ja! Jakby mnie tu w ogóle nie było. Kto to mówi? Kto? Pytania, odpowiedzi, spekulacje, tyle tego, nawarstwia się i narasta… Czym jest treść, jeśli nie może być zawarta? Nie jestem w stanie uchwycić, pojąć tego, nawet na tyle, by zapamiętać, żeby przywołać… Nie ma żadnej treści, sensu, znaczenia? To okropne! W jednej chwili czuję jak zapada się we mnie całe życie, jak gdybym nigdy naprawdę go nie doświadczyła. Dziecko, młoda dziewczyna, kobieta, staruszka... wszystko gubi się we mnie, przepada w jednym momencie. Nawet nie przemija. Po prostu znika. Przespałam całe życie? Budzę się tuż przed śmiercią i nagle pojmuję, że zgubiłam wszystkie lata? Boże, pomóż mi! Zawsze kończy się tak samo: nadciąga korowód pytań, a potem wołam „Mamo!” albo „Boże, pomóż mi!!!” Zawsze to samo. Zapominam. Pozostają tylko słowa, tak mętne, jak to co z tego rozumiesz. I jeszcze lęk, że ponownie otworzą mi się oczy, że to znowu przyjdzie.

wtorek, 30 sierpnia 2011
20

Pilot rozpoczął lądowanie. Przymknęła powieki i ujrzała samolot zawieszony nad betonową płytą lotniska, lewitującego kolosa z metalu, owalny kształt przywodzący na myśl zesztywniałego w bezruchu skrzydlatego delfina, gładki, połyskujący w słońcu pancerz z małymi ciemnymi otworkami, okienkami, z których każde spoglądało kilkoma parami oczu, zwykle otwartych nieco szerzej niż zazwyczaj. Za szybą jednego z nich ujrzała pobladłą z wycieńczenia twarz dziecka z przytkniętym do niej papierowym ręcznikiem, kilkuletnią dziewczynkę, której kwadrans wcześniej zaczęła cieknąć krew z nosa. Od tamtej pory krwawienie nie ustawało.

- Już lepiej, Inez? Nie martw się, za moment wylądujemy – usłyszała głos siedzącego tuż obok małej śniadego mężczyzny. Rozpoznała w nim ojca. Zaskoczył ją tylko jego zatroskany ton. To było do niego niepodobne. Nie takim go pamiętała.

- Już lepiej – mechanicznie powtórzyła słowa ojca. Jednocześnie usłyszała jak to samo niewinne kłamstwo dobywa się z ust małej. W jednej chwili wszystko wróciło. Pierwsza podróż do Hiszpanii, język i ludzie, którzy mówili krzycząc na całe gardło, skwar i pragnienie, jakiego wcześniej nie czuła, noce bez kołder i domy bez światła słonecznego w południe, duszący zapach smażonych w oliwie owoców morza i kojąca woń wieczora, która wabiła tłumy na ulice.

Spojrzała za okno. Ziemia zbliżała się coraz bardziej. Otoczenie nabierało kształtów realności. Porządek rzeczy na powrót formował rytm oddechu, ale nie przynosił spokoju. Serce biło nieregularnie, niezdecydowanie. Pomyślała o tym, że lada chwila zobaczy ojca. Uniosła powieki i zobaczyła tuż obok iskrzące się w półmroku ruchliwe oczy Neus. Kuzynka pogłaskała ją po ramieniu.

- Mówiłaś przez sen.

- Co mówiłam?

- Nie wiem, nawijałaś po polsku – zawahała się - Chyba. Albo po swojemu. Jak to przez sen – ziewnęła szeroko, nie zasłaniając ust.

- Wiem, że się powtarzam – odezwała się Inez - ale naprawdę chciałam ci podziękować, że tu jesteś, że się tu ze mną wprowadziłaś. Gdybym była sama, to dostałabym od tego wszystkiego na głowę, na pewno....

Neus nerwowo potarła podbródek.

- Lepiej, żeby w tej sytuacji ktoś był w tym domu, a poza tym trzeba się zająć psem, nie można go samego tu przecież zostawić. Moi starzy go nie wezmą, bo matka ma alergię na sierść. Zresztą jutro przyjedzie Claudia – spojrzała na zegarek – Dopiero druga, kurwa, zapaliłabym.

Inez przetarła oczy i położyła się na wznak rozrzucając ramiona na boki.

- To wszystko wydaje mi się takie nierealne – wyszeptała – co ja tu w ogóle robię?

- Nawet ja czasem mam takie wrażenie, a mieszkam tu od urodzenia, szlag jasny, palić mi się chce – podniosła się z podłogi i sięgnęła do kieszeni przewieszonych przez oparcie krzesła spodni. Podeszła do otwartego na oścież okna i po chwili Inez usłyszała syk zapalanej zapałki, której jasny płomień na krótką chwilę oświetlił pociągłą twarz kuzynki. Czerwonawo-złota końcówka papierosa podróżowała tam i z powrotem, od parapetu do ust dziewczyny, przy tych ostatnich przybierając barwę żywego ognia, za każdym razem kiedy karmiła się łapczywie wciąganym przez Neus powietrzem. Woń nocy mieszała się ze smugami gęstego dymu. Stopniowo osiadał na ciele Inez niby pył, którego chmurę wzbił przejeżdżający piaszczystą drogą samochód. Czuła jak wnika w jej ciało, jak nasiąkają nim włosy, jak pory skóry dławią się jego gorzkim smakiem, tak że pot występujący na policzki staje się cierpki na podobieństwo czarnej kawy, którą Neus zwykła pić na śniadanie.

niedziela, 26 czerwca 2011
19

Nauczyciel zadał kolejne pytanie. Claudia usiłowała zrozumieć słowa wypowiadane przez dziewczynę siedzącą kilka metrów dalej, przy stoliku w przeciwległym kącie sali, ale dźwięk głosu niknął w hałasie ulicy dochodzącym zza otwartego za jej plecami okna. Furkot silników samochodów mieszał się z trzaskiem opon uderzających o nierówną nawierzchnię drogi, piskiem hamulców, szumem liści i niestrudzonymi nawoływaniami ukrytych w smugach cienia ptaków, tworząc gęstą zawiesinę zgiełku, równie lepką i nieprzyjemną w dotyku, co ciało pokryte kilkudniowym potem. Donośny krzyk syreny przejeżdżającego ambulansu na krótką chwilę wykrzywił twarze wszystkich znajdujących się w klasie uczniów. Nauczyciel nerwowo przełknął ślinę i przytaknął, dając tym znak mówiącej dziewczynie, by nie przerywała, choć nie ulegało wątpliwości, że w tym momencie nawet on nie słyszy jej głosu. Nagle oczy wszystkich zwróciły się w kierunku Claudii. Wstała, by zamknąć okno, które poza tym, że stanowiło pośrednią przyczynę niepokojących odgłosów, było też jedynym źródłem świeżego powietrza. W jednej chwili słowa wypowiadane przez Anę stały się zrozumiałe.

- ... Segismundo zamknięty w wieży i skuty kajdanami symbolizuje bestię w człowieku, dzikie zwierzę, nieposkromione instynkty, ale też niewiedzę, ignorancję. W wieży jest ciemno, nic nie widać...

- Tak, dobrze, Ana, wieża to jedno z miejsc, w których Calderón sytuuje akcję dramatu – przerwał jej nauczyciel - a jakie są pozostałe? – rzucił w stronę uczniów siedzących po drugiej stronie pomieszczenia.

- Pałac króla Polski – wycedził siedzący tuż obok Claudii Raúl. Przeszło jej przez myśl, że chłopiec jest prawdopodobnie jedyną osobą, którą tak naprawdę interesuje temat zajęć.

- Tak, a inne? – kontynuował nauczyciel, tym razem spoglądając w stronę Claudii.

Dziewczyna mechanicznie przewróciła kartki książki.

- Polska? – rzuciła niepewnie.

- Tak, ale o tym już mówiliśmy. Calderón wybiera Polskę jako miejsce akcji, bo to daje mu jeszcze większą swobodę budowania fabuły, bez potrzeby wiernego odzwierciedlania zdarzeń. Polska to po prostu odległy kraj, o którym czytelnik wie niewiele, kraj daleki, nieznany, ale w gruncie rzeczy przypadkowy, tak? Pamiętamy już?

Claudia przytaknęła energicznie, jednak ta lakoniczna odpowiedź nie zadowoliła nauczyciela. Podszedł bliżej i stanął naprzeciw, krzyżując ramiona.

- W jakim miejscu poza wieżą i pałacem Calderón sytuuje akcję dramatu? – powtórzył, przesadnie akcentując każde słowo.

Zmrużył oczy w geście, który nigdy nie wróżył nic dobrego. Palce dziewczyny zacisnęły się na leżącej przed nią książce. Nerwowo przeglądała kolejne strony w nadziei, że znajdzie na nich odpowiedź na pytanie. Nagle, ku własnemu zdziwieniu przeczytała na głos fragment tekstu, który ktoś wcześniej podkreślił ołówkiem:

- „Gdy człowiek błąka się w mroku, niebo jest pełne znaków, a świat jest pełen cudów”.

Nauczyciel zmarszczył brwi i spojrzał na nią z dezaprobatą, po czym zwrócił sie w stronę kolejnego ucznia. Po raz kolejny zadał to samo pytanie, tym razem nerwowo pocierając podbródek. Jednak Claudii nie obchodziła już jego reakcja, poirytowanie, w jakie go wprawiła, ani nawet ukradkowe, a może wręcz wzgardliwe spojrzenia kilku uczniów, wywołane jej niecodziennym zachowaniem. Nie interesowało jej, w jakim miejscu oprócz wieży i pałacu autor usytuował akcję dramatu ani co to ma wspólnego z teatrem Lope de Vegi. Jej myśli poszybowały daleko, w zupełnie inną stronę. Pomyślała, że zdanie, które przypadkiem znalazła i w najmniej oczekiwanym momencie odczytała, dotyka tego, co nazwała kiedyś, gdy pewnego razu Neus poczęstowała ją chocolate, martwym punktem swojej duszy, miejscem, o którym wiedziała, że na pewno istnieje, ale nigdy wcześniej nie podejrzewała, że mogłaby do niego kiedykolwiek dotrzeć.

Nagle poczuła na sobie wzrok Raúla, spojrzenie z gatunku tych, o których jej babcia, ku uciesze młodszych, mawiała „nieskromne”. Oczy chłopca patrzyły z rzadko spotykaną w przypadku jego nieśmiałej natury bezpośredniością, a źrenice były szerokie od podniecenia. Myśl o tym, że to jej przyspieszony oddech rozbudził wyobraźnię siedzącego obok kolegi, sprawiła, że policzki Claudii w jednej chwili pokryły się purpurą rumieńca. Raúl, zawstydzony, odwrócił głowę i utkwił wzrok w swoich notatkach.

- No, Claudia, proszę, powtórz, co powiedziała Ana – nieoczekiwanie zwrócił się do niej nauczyciel – Gdzie poza wieżą i pałacem toczy się akcja dramatu Calderóna „Życie jest snem”?

Oczy wszystkich zwróciły sie w jej kierunku. Rumieniec, który przed chwilą nadał jej twarzy głęboką barwę dojrzałego w hiszpańskim słońcu pomidora, nie tylko nie zdążył jeszcze spłowieć, ale rozkwitł teraz z podwójną mocą przychodzących falami uderzeń krwi, które sprawiły, że policzki Claudii nie przestawały pulsować od natrętnego ciepła. Nie miała najmniejszego pojęcia co powiedziała Ana ani, tym bardziej, gdzie jeszcze toczy się akcja dramatu Calderóna, a tymczasem wyraz twarzy nauczyciela z każdą sekundą przybierał coraz bardziej kształt złowrogiego grymasu, zwiastującego nierychły wybuch.

- Na polu bitwy – rzucił nieoczekiwanie Raúl, ratując dziewczynę z opresji i narażając się tym samym na złośliwą uwagę nauczyciela.

- No pięknie, myślałem, że w klasie mamy tylko jedną Claudię... A tu, proszę, są dwie...

 Nauczycielowi nie było jednak dane dokończyć wywodu, zainspirowanego na wpół heroicznym czynem jednego z uczniów, ponieważ niespodziewanie jego uwagę przykuł dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie dało się ukryć, że odgłos dochodził z torby przewieszonej przez oparcie krzesła, na którym siedziała Claudia. Nauczyciel w milczeniu i, ku zdziwieniu wszystkich, niemal z obojętnością obserwował jej trwające dłuższą chwilę zmagania z zawartością plecaka, zanim zdołała odnaleźć wśród niej aparat będący źródłem natrętnego dźwięku. Ku swojemu zaskoczeniu, zauważyła, że osobą, która próbowała się z nią skontaktować była Inez. W pośpiechu odrzuciła połączenie i wyłączyła telefon.

czwartek, 05 maja 2011
18

Dusza jest jak rwący bieg strumienia, wartki nurt, unoszona prądem fala, wodny pęd. Nigdy nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki, chociaż nieustannie próbujemy, motywowani płonną nadzieją odkupienia, sentymentem czy urażoną ambicją… Można by wymieniać w nieskończoność, ale przecież nie ma powodów, istnieją tylko preteksty. Czas napiera z każdym dniem silniej, możliwości zamieniają się w poczucie odpowiedzialności, przestrzeń w pustkę, wolna wola w ślepy los. Gdy nadciąga deszcz, trawy nie milkną, nie ustają w tańcu, kiedy przychodzi śmierć. Przywołują zagubione kroki i tchnienia, słowa na wpół złamane i niedokończone gesty, bezpańskie myśli i przerwane szepty. Gubią się w nich okruchy ludzkich żyć i mieszają z wilgocią gleby. Szum traw i szmer wody to głos wołającego na pustyni. Mędrzec to czy szaleniec? Oaza czy fatamorgana?

Inez słyszała delikatny szmer swojej duszy. Leżała zanurzona w niej jak w korycie wąskiego górskiego strumienia: połyskujące promieniami słońca fale muskały jej skórę, szepty wodnych prądów przenikały ciało, kojąc napięcia i rozbudzając zmysły, do tego stopnia, że kształty i kolory pochylonych nad nią drzew, zawieszonych na niebie chmur i żaru południowego słońca, nieregularne struktury myśli zyskały całkiem nowy sens. Stały się wyraziste i obecne, nareszcie nieskrępowane mechaniczną koniecznością, a jednocześnie wyzwolone z bezdusznych praw przypadkowości, po raz pierwszy naprawdę swobodne, pulsujące życiem i zachwycająco piękne. Nigdy nie sądziła, że aż tak.

Czuła jak każda przeszywająca ciało fala zmywa z niego kolejną warstwę, półprzeźroczystą błonę, subtelną zasłonę, która do tej pory oddzielała ją od iskier życia rozpalonych oślepiającym blaskiem słońca w przejrzystych wodach rzeki, w liściach drzew porastających brzegi, w błyszczących źrenicach kamieni. Nie mogła uwierzyć własnym oczom i uszom, opuszkom palców. Intensywność doznań była tak ogromna, że Inez niemal zupełnie zatraciła poczucie granicy. Dreszcz rozkoszy przeszywający jej ciało i nurt strumienia były tym samym. Wzrok, słuch i wrażliwe na dotyk smugi palców zdawały się sięgać daleko poza wstęgę przybrzeżnej roślinności, biegnąc poprzez miękkie zbocza zielonych łąk, które ciągnęły się aż po błękitną linię horyzontu. Rzeka płynęła teraz znacznie wolniej. Strugi wody, sączącego się z nieba południowego żaru i łez pod wpływem delikatnego dotyku powietrza tworzyły na powierzchni kunsztowną mozaikę, krew pulsująca w sercu mieszała się z biegiem fal, który stawał się coraz wolniejszy, delikatny i tak cichy, że dziewczyna słyszała wyraźnie swój oddech. Białe obłoki płynęły ospale, drzewa sennie kołysały smukłymi ramionami gałęzi, jaskółka nawoływała niestrudzenie i szybowała wysoko, coraz wyżej, raz po raz znikając na tle rozżarzonego południowym blaskiem słońca. W końcu zupełnie przepadła. Inez, delikatnie unoszona prądem rzeki, nic już nie słyszała, nawet swojego oddechu. Ustało też bicie serca. Błękit nieba odbijał się w gładkiej powierzchni wody. Nieruchomy wzrok dziewczyny utkwił w słońcu, tak, że jej oczy zmieniły barwę. Były teraz zielono-złote. Wyglądała jak owad zatopiony w bursztynie. Na twarzy wciąż miała zachwyt, choć w tej chwili rzucała na nią cień stojąca nieopodal smukła postać. Był to młody mężczyzna, który niespodziewanie zbliżył się do strumienia, zapewne skuszony obietnicą ochłody. Pochylił się nad połyskującą słońcem taflą i zanurzył koniuszki palców w wodzie. Rzeka zadrżała z uniesienia. W tej samej chwili oczy Inez odzyskały dawny, brązowy kolor. Dostrzegła jego uśmiech, poczuła jak przenika do jej wnętrza i rozpala w sercu iskrę. Stało się oczywiste, że on wcale nie znalazł się tu przypadkiem.

- Tony, czy to byłeś ty? – spytała, niespodziewanie przerywając milczenie i odepchnęła łódź energicznym ruchem wiosła.

Tony siedział po drugiej stronie łodzi, przy sterze, pilnie śledząc bruzdy na wodzie i cierpliwie wypatrując nieregularności, które mogły zdradzić obecność ryb. Jezioro było dziś spokojne, wiatr milczał. Od ostatniego razu wody przybyło co najmniej o pół metra. Tuż przy brzegu gładki grzbiet tafli przebijały kępki sterczących pionowo pędów, teraz już mocno przerzedzone: były to wierzchołki młodych drzew i krzewów wystające ponad powierzchnię. Niedawno jeszcze kołysały je miękkie powiewy wiatru, a pająki tkały pośród nich swoje lepkie sieci, w których znajdowały zgubę zwabione zapachem cienia owady. Wplecione w pajęczynę samotne skrzydło ważki, przestroga dla swawolnych motyli, drżało trącane delikatnymi podmuchami i mieniło się kolorami nieba, plaży i traw. Teraz przepadło w toni jeziora, a wszystkie barwy, które w nim mieszkały, rozpuściły się w jego wodach.

- Ciekawe skąd wzięło się tyle wody – odparł po chwili, udając, że odpowiada na jej pytanie.

- Może z roztopów.

- Mało prawdopodobne, żeby to był jedyny powód – skwitował, zanurzając rękę aż po łokieć.

- Uważaj, bo coś cię wciągnie – rzuciła z ironią. Miała mu za złe, że nie podjął tematu, który zajmował teraz jej myśli.

- Roztopy zasilają akwen każdej wiosny, a jednak od przeszło piętnastu lat poziom wody co roku się obniżał. Ostatnio jezioro nie sięgało nawet do tego miejsca, gdzie dawno temu skakaliśmy z pomostu na główkę, pamiętasz?

- Ty skakałeś na główkę. Ja jeszcze wtedy nie umiałam.

- Nie umiałaś? – nie spojrzał w jej stronę, ale na jego twarzy odmalował się na krótką chwilę złośliwy uśmieszek – Bałaś się.

- Okazuje się, że nie był to lęk całkiem nieuzasadniony. Może gdybym go wtedy przełamała, to powodowana siłą przyzwyczajenia spróbowałabym skoczyć następnego roku… A od tamtej pory wody zaczęło ubywać, choć na początku przecież wcale nie rzucało się to w oczy.

- Po co ten dramatyzm? Przecież oboje dobrze wiemy, że to tylko sen – wyrzucił jej, odwracając twarz w kierunku zawieszonego nad zielonymi wzgórzami słońca.

- Tak, sen… Ale właśnie dlatego nigdy nie możemy być pewni praw, jakie tu panują – skwitowała w mentorskim tonie.

- Mówisz tak, jakbyś miała pewność, że rzeczywistością twoich codziennych praktyk rządzą niezmienne prawa. Co więcej – pochylił się w jej stronę i zaczął chichotać – zachowujesz się tak, jak gdybyś je znała. Powiem ci jedno, ja też je znam… a na imię im fizjologia i rutyna. Jeśli coś usypia twoją czujność, to właśnie ta ostatnia, a nie sen, nie sen, moja miła.

- Dobrze wiesz, że cała ta sytuacja, nasze spotkania, to wszystko jest grubymi nićmi szyte – obruszyła się Inez.

- Skoro potrzebujesz pogodzić te wszystkie wymiary, odległe światy czy stany, jak wolisz je nazywać, rzeczywiście potrzebujesz bardzo grubych nici. Na twoim miejscu użyłbym dratwy albo żyłki wędkarskiej. Ale na szczęście to nie moje zmartwienie.

- Tak, bo to przecież ty pociągasz tu za sznurki. Nigdy nie miałam co do tego wątpliwości - burknęła, pocierając nerwowo lewy policzek.

- Jak zwykle mnie przeceniasz. Problem z tobą polega na tym, że dajesz się uwieść wszystkim moim słowom.

- Mylisz się, Tony! Czasem wyobrażam sobie, że wcale cię nie ma, że jesteś jedynie wytworem mojej wyobraźni, że jesteś pusty, bez życia i duszy, jak odbicie w lustrze, na tafli wody, którego nie można wyprzedzić, dotknąć. To przecież cały ty! Znasz wszystkie moje ruchy, uprzedzasz je, zanim dobrze zdam sobie sprawę z tego, co tak naprawdę zamierzam zrobić… Wyobrażam sobie, że przychodzę tutaj i rozmawiam sama ze sobą, z tą częścią mnie, której nie znam… Z tobą.

Inez siedziała nieruchomo z opuszczonymi powiekami. Głos ugrzązł w gardle, oddech był szybki i nieregularny, dłonie lodowate, zaciśnięte w pięści. Wyobrażała sobie, że kiedy otworzy oczy, nie zobaczy przed sobą Tony’ego, a tylko obojętną na jej wyznanie, niewzruszoną taflę jeziora zatopioną w żarze południowego słońca. Bała się unieść powieki. Była przerażona myślą, że Tony mógł odejść na zawsze, że być może nigdy naprawdę nie istniał. Przeszło jej przez myśl, ze gdy odważy się spojrzeć, zamiast niego zobaczy siebie samą siedzącą nieruchomo z zamkniętymi oczami, przejętą lękiem, że obok nie ma już przyjaciela, odwiecznego towarzysza rozmów i wypraw w nieznane, tego, który znał tajemnice jej duszy.

czwartek, 28 kwietnia 2011
17

Kilka lat temu pojawiły się kłopoty ze snem. Nasiliły się, kiedy dom opustoszał. Czas zwolnił, choć zegar w salonie wybijał swój rytm znacznie donioślej niż kiedykolwiek wcześniej.

Gdy podczas kolejnej niespokojnej nocy Antonio przewracał się z boku na bok, nerwowo zaciskając zdrętwiałą od bezruchu dłoń, raz po raz otwierając podrażnione ciemnością oczy, przyszło mu do głowy, że bezsenność to kwestia ciszy. Wcześniej, gdy w domu mieszkała jeszcze Salma i dzieci, cisza wypełniała chwile, w których milkły głosy, pojawiała się, kiedy ustawały kroki, skrzypienie podłogi, odgłos strumienia wody uderzającego w dno umywalki, sztućców odbijających się od gładkiej powierzchni talerza, zamykanych i otwieranych drzwi… Wyłaniała się miękko z przerwy pomiędzy wdechem i wydechem, z wolna pęczniała i łagodziła zakrzywienia przestrzeni, delikatnie otulała ostre kąty i niepostrzeżenie wpełzała w ciemne zakamarki, kojąc czyhający w nich niepokój. Kiedy Salma i córki odeszły, cisza rozrosła się jak niepielęgnowany krzew w zaniedbanym ogrodzie, zdziczała, stała się nieprzewidywalna, wynaturzona, czasem budząca grozę. Szczególnie po zmroku. Była jak kurz zgromadzony na powierzchni sprzętów, mebli, ścian. Unosiła się w powietrzu. Antonia męczył kaszel. Bezgłos zamieniał się w bezdech i coraz częściej uciskał pierś. Czuł, jak cisza wnika w jego ciało, osnuwa myśli, wysysa z niego życie. Po woli, bez pośpiechu. Teraz już jej nie słyszał. Przeszkadzało mu echo ludzkich głosów dochodzące z ulicy, obcych słów bez kształtu i znaczenia, odgłosy przejeżdżających samochodów, szum wiatru, drzew, poranne nawoływania ptaków, świerszcze, tykanie zegara, własny oddech i bicie serca.

Hałas nie pozwalał mu odpocząć, odetchnąć choćby na chwilę. Czasem pomagało whiskey. Innym razem herbata. Nauczył się ją pić w Polsce. Salma zawsze uważała to jego upodobanie do herbaty za budzącą litość fanaberię. W Hiszpanii herbatę podaję się zazwyczaj gorączkującym dzieciom. Z własnej woli piją ją chyba tylko emeryci cierpiący na chroniczną niestrawność i wrzody żołądka. Kiedy Salma odnajdowała go na tarasie albo w salonie, ukrytego w fotelu z kubkiem ciemnego, pachnącego wilgotną ziemią naparu w dłoni,  złośliwie, z egzaltowaną troską pytała czy coś mu dolega, czy znowu źle się czuje. On udawał wtedy, że nie ma bladego pojęcia, o co w rzeczywistości jej chodzi i ostentacyjnie nabierał w usta znaczną ilość gorącego napoju. Salmie nigdy nie znudził się ten teatrzyk, a Antonio nie zamierzał zmieniać scenariusza.

Tykanie zegara nie ustawało, linearny czas nie chciał rozpuścić się w ciepłej, słodkawej cieczy snu, przestrzeń pozostawała boleśnie realna, twarda i szorstka, zbyt wyraźna, by noc mogła choć na chwilę złagodzić jej kontury. Rzeczywistość pozostawiała ślad, wypalała piętno. Nie nikła pod zamkniętymi powiekami, nie płowiała od zmęczenia. Obłoki myśli nie układały się w kształty i kolory ludzkich twarzy, Antonio już nie potrafił w nich dostrzec pejzaży ani nawet sylwetek zwierząt. Były zupełnie bezforemne, zbyt rzadkie i rozproszone, by można z ich jasnych pasm upleść fabułę snu.

Mężczyzna otworzył oczy i ku swojemu zdziwieniu spostrzegł, że słońce już wzeszło. Zdawało mu się, że przymknął powieki tylko na krótką chwilę. Spojrzał na zegarek. Ósma trzydzieści. Najpóźniej za godzinę powinien wyjechać, aby o jedenastej odebrać córkę z lotniska.

niedziela, 03 kwietnia 2011
16

Poranek był szary, ulice za oknem zgęstniałe od pośpiechu i zniecierpliwienia. Pokój zdawał się znacznie większy niż zwykle. Inez siedziała nieruchomo. Miała dziwaczne wrażenie, że ściany pomieszczenia odpychają się nawzajem z siłą jednakowych biegunów, a przedmioty, wyznaczające na co dzień rytm przestrzeni, zupełnie zastygły w bezruchu, odrętwiały na myśl o opuszczającym je życiu. Należało się spodziewać, że co najmniej na najbliższe dwa tygodnie wyjdą z użycia. Kiedy o tym pomyślała, zrobiło jej się przykro. Miała poczucie winy, jak gdyby nie chodziło wcale o krzesła, kubki, książki, lampkę nad łóżkiem czy koc leniwie opadający z oparcia fotela, ale o domowe zwierzęta, psy spoglądające oczami wypełnionymi tęsknotą i żalem. Uśmiechnęła się, rozbawiona tymi osobliwymi myślami i przełknęła odrobinę herbaty.

- Przynajmniej nie narobicie bałaganu – wyszeptała, odkładając książkę na parapet – Tak, tak, udawaj, że to twoje miejsce…

Smugi pary wodnej ospale wpełzały w szczeliny przestrzeni. Gorący napar parzył delikatną skórę warg i znieczulał koniuszek języka. Oblizała usta i nadęła je tak, że wargi zmieniły kolor; spłowiały róż ustąpił na krótką chwilę intensywnej czerwieni pomidora. Ściągnęła policzki i mimowolnie cmoknęła powietrze. Rozbawił ją dźwięk, jaki przy tym wydały usta. Przyszło jej do głowy, że jest rybą, która swym nienawykłym do oddechu pyszczkiem testuje wytrzymałość powierzchni wody, granicy swojego świata.

Herbata smakowała jak wrzątek. Inez nie czuła aromatu, a tylko temperaturę płynu, który wypełniał jej usta i ospale ściekał po ściankach przełyku wprost do żołądka, gdzie mieszał się z roztworem kwasu solnego, roztartymi kawałkami bułki z sezamem i dżemem truskawkowym.

- Śniadaniowy naturalizm… – wycedziła, pocierając rękami zaspane oczy.

Z rozbawieniem uświadomiła sobie, że tam, w środku, jeszcze nigdy nie była, chociaż nie raz zakradała się po omacku do wnętrza brzucha wieloryba, na dno jeziora czy wgłąb czarnej odchłani, która rozpościerała się przed jej oczami, gdy zaciskała powieki.

- Oj, nie wyspałam się dzisiaj – powiedziała głośno, zwracając się do zobojętniałej twarzy błękitnego buddy z plakatu nad łóżkiem.

Budda wyglądał tak, jak gdyby też miał ochotę się zdrzemnąć. Jego oczy były na wpół zamknięte, a ciało rozluźnione, nieskrępowane konwencją stosownej postawy. Gdyby nie pozycja lotosu, można by podejrzewać, że obraz przedstawia człowieka silnie odurzonego, balansującego na granicy świadomości.

- A może ty zwyczajnie masz kaca? – rzuciła zaczepnie, jak gdyby oczekiwała z jego strony ciętej riposty, koanu, paradoksalnej zagadki, która wytrąciłaby jej umysł z półsennej rutyny jednoznaczności i pobudziła do dialektycznego myślenia.

Budda jednak nie przerywał milczenia. Podniosła się z łóżka i zbliżyła twarz do oblicza błękitnego mędrca. Spojrzała mu w oczy.

- Szczerze mówiąc wolałabym, żebyś czasem dał mi jakąś dobrą radę – powiedziała głośno i wyraźnie, jak gdyby chciała obudzić śpiącego za ścianą współlokatora – Mam już dosyć stanu zawieszenia, ciągłego pobudzenia, niepokoju, wytężonej uwagi. Czuję się tak, jak gdybym kołysała się to w prawo, to w lewo, desperacko próbując utrzymać równowagę. Ale to na nic! Wychylenie jest zbyt silne, a ruch tak dynamiczny… Upadek jest nieuchronny. To tylko kwestia czasu. No właśnie…

Zdawało się, że Budda Uzdrawiający pozostał niewzruszony, głuchy na wytrwałe prośby Inez.

- Kobieto! Daj się wyspać! Spójrz, kurwa, na zegarek! – dało się nagle słyszeć tuż zza ściany.

Inez uśmiechnęła się z przekąsem i wzięła dochodzące jej uszu słowa za dobrą monetę.

- A jednak przemówiłeś! – wykrzyknęła z entuzjazmem.

Spojrzała w stronę elektrycznego budzika i w tej samej chwili poderwała się na równe nogi.

– Cholera! Ale się zasiedziałam… Już ósma! Tramwajem nie dam rady…

Zamówiła taksówkę, dopięła plecak, posłała całusa błękitnemu buddzie i, starając się nie robić zbytniego hałasu, z bagażem na plecach i w niezawiązanych tenisówkach, pośpiesznie zamknęła drzwi na klucz i zbiegła na dół. Tym razem nie mogła się spóźnić.

Kiedy jechała na lotnisko, zadzwoniła matka. Jak zwykle była trochę nieuważna, odrobinę zalękniona, rozedrgana na przemian to od czułych słówek, to od surowych napomknień… Jak gdyby chciała zapełnić gęstą cieczą swojego głosu wszystkie szczeliny w przestrzeni otaczającej jedyną córkę, zasłonić białe plamy na mapie jej życia, załatać wszystkie dziury, z których wydzierało nieznane jutro, zamienić przeznaczenie w dobry los.

środa, 16 marca 2011
na marginesie

Dzisiaj


Złota era imperium dobiega szarego końca

staje w szeregu za tymi, którzy nigdy jej nie dogonią

tam gdzie zawsze jest tutaj

wczoraj spotyka jutro


i spogląda w lustro jak gdyby było oknem

na świat

przychodzi

gdy słonce mieni się dniem

i chleb twardnieje nawet w ustach

tylko dlatego, że jest wczorajszy

nic dobrego już mu się nie przydarzy

oprócz gołębi


w ich zgrubiałych gardłach pełno jest skarbów

ale przechodnie mijają je obojętnie, w pośpiechu i bez zachwytu

potykają się o nie nawet kamienie


środa, 16 lutego 2011
15

- Kiedy ostatnio myłaś ekspres? Ta kawa cuchnie.

- Oddaj – Claudia wyciągnęła rękę po filiżankę i bez słowa wylała jej zawartość do zlewu – Wolisz colę czy wodę?

- A masz cytrynę?

- Mam jeszcze koniak matki, ale smakuje gorzej niż kawa z mojego ekspresu. Chcesz trochę?

- Możesz nalać.

- Jesteś głodny? – spytała, podając gościowi miseczkę wypełnioną zielonymi oliwkami.

Mężczyzna zbliżył naczynie do twarzy i, nie kryjąc swoich zamiarów, dokładnie obwąchał. Jego oblicze, mimo posępnego wyrazu, zachowało tę rzadką cechę, która sprawia, że nieliczni obdarzeni nią ludzie zdają się z upływem lat coraz młodsi. Może to przypadłość tych, którzy będąc dziećmi, czuli się jak starcy.

- W lodówce jest jeszcze resztka cieciorki w pomidorach i wczorajszy budyń.

- Dzięki, może później – skrzywił się, przełykając koniak, wstał i odłożył lampkę – Faktycznie paskudne.

Claudia włączyła komputer i usiadła na krześle przy blacie kuchennym. Choć była dopiero piętnasta, drewniane okiennice, szczelnie zatrzaśnięte, by uchronić wnętrze pokoju przed skwarem hiszpańskiego lata, sprawiały, że pomieszczenie ogarniał półmrok. Blady odblask ciekłokrystalicznego ekranu komputera nadawał obliczu dziewczyny niecodzienny, na wpół demoniczny wygląd. Rysy twarzy przybierały kształt mdłego grymasu, były twarde, jakby z nadmierną dbałością wyżłobione w kamiennej bryle zimnego światła, traciły swój subtelny charakter, zakorzeniony w dynamice życia pulsującego tuż pod powierzchnią miękkiej skóry. Oczy patrzyły spojrzeniem pozbawionych źrenic greckich posągów, a oddech zdawał się grzęznąć w ciężkiej zawiesinie gorącego powietrza.

- Wyglądasz jak duch.

- Od tego skwaru boli mnie głowa – palce Claudii rytmicznie zastukały w klawiaturę, wpisując hasło dostępu do poczty elektronicznej – Od kiedy jesteś w Sevilli?

- Od wczoraj.

- Po co przyjechałeś?

- Zamknąć to, co powinienem, zabrać parę rzeczy od brata.

- Pożegnać się?

- Rozumiem, że się złościsz.

- Po prostu boli mnie głowa…

- Wiesz, mówią, że przegapić rok w życiu dziecka, to tyle, co przegapić dziesięć lat w życiu dorosłego człowieka. Kiedy teraz na ciebie patrzę, to dociera do mnie jeszcze wyraźniej, że wciąż jesteś dzieckiem.

- Tak jak ustaliliśmy, jestem gówniarą. Pewnie chciałeś spytać co u Eleny, ale wolisz doprowadzać mnie do szału takimi tekstami zamiast przejść do sedna.

- Nadal mieszka w Londynie?

- Nie mów, że liczyłeś na to, że spotkasz ją tutaj…

- Po prostu chciałem z nią porozmawiać, wyjaśnić.

Podszedł do okna i spojrzał przez szybę wzrokiem sięgającym za horyzont, jak gdyby po drugiej stronie mógł dojrzeć coś więcej niż pomalowane białą farbą drewno okiennic.

- A wydaje ci się, że ze mną już wszystko wyjaśniłeś? – głos Claudii złamał się pod ciężarem emocji - Po tym wszystkim co zaszło, znikasz bez słowa, a po roku zjawiasz się w ten sam sposób. Gdybyś chociaż przyszedł po to, żeby przeprosić... Ale ty wpadasz jakby nigdy nic i narzekasz na moją kawę.

- Widzę, że już nie starasz się mnie zrozumieć. Może to i lepiej.

- Boli mnie głowa.

- Nie pytasz nawet gdzie byłem?

- A powinnam?

- Chyba masz rację – odwrócił się, podszedł do kanapy i wyciągnął z plecaka niewielkie białe zawiniątko. Położył je na ladzie kuchennej.

- Co to?

- Prezent, pamiątka z podróży.

Claudia rozłożyła pakunek.

- Chusta?

- Khata, tybetański szal ceremonialny. Symbolizuje czystość intencji.

Claudia zarzuciła tkaninę na szyję i prostując ciało, spojrzała stojącemu po drugiej stronie blatu mężczyźnie prosto w oczy.

- Z jedwabiu – dodał, odwracając wzrok.

- Powinieneś już iść. Matka będzie za chwilę i lepiej, żeby cię tu nie zastała.

Odgłos zamykanych drzwi był jak westchnienie ulgi, które rozlega się tuż po serii przypadkowych, pośpiesznie wypowiedzianych słów, miotanych w stronę rozmówcy z taką precyzją, jak gdyby wcale nie były rzucane na oślep. Tym razem ich zabrakło. Claudia nie chciała już o tym myśleć. Delikatnie domknęła górną część laptopa i znieruchomiała w półmroku. Opuszkami lewej ręki dotknęła jedwabnego szala, który nadal miała na sobie. Materiał był miękki i delikatny, tak przyjemnie chłodny, że dziewczynę ogarnęła ochota, by owinąć nim pulsującą od bólu głowę. Wydało jej się to jednak niestosowne.

 
1 , 2 , 3
stat4u