Inez wstała tego dnia wcześniej niż zwykle. Czekał ją dzień pełen wrażeń. Na zakup biletu zdecydowała się w ostatniej chwili. Dopiero wtedy ze zdumieniem stwierdziła, że minęły już przeszło trzy lata odkąd ostatni raz widziała ojca. Nie to jednak było głównym powodem, dla którego dziś leciała do Gerony.
Ostatnie lata pozostawiły w niej ślad, którego istnieniu nie można było zaprzeczyć. Powierzchnia jej skóry stwardniała od tego jak kora drzewa, które z każdym rokiem obrastając kolejnym słojem, staje się coraz silniejsze i bardziej odporne na podmuchy wiatru, mrozy czy apetyt łasych na wiotkie pędy leśnych zwierząt. Lecz głęboko pod warstwą codziennej rutyny, prawd, w które nauczyła się wierzyć i sensu, jakiego kształt przybrał jej los, nadal drzemało to wszystko, co równie dobrze mogło być nasieniem, z którego kiełkuje życie kogoś zupełnie innego. Tam w środku, na dnie jej serca nadal pulsowała największa tajemnica, początek wszystkiego, świata, o którym mogłaby sądzić, że ma z nią niewiele wspólnego, że jest tylko obojętnym na jej obecność miejscem, gdzie znalazła się przez przypadek i jedynie po to, by zadać pytania, na które tylko ignoranci potrafią udzielić odpowiedzi. Były jednak momenty, kiedy to, co skrywało się głęboko pod skorupą czasu, znajdowało dość siły, by przecisnąć się przez wąskie szczeliny i na chwilę przebić na powierzchnię jej życia. W chwilach, gdy to się zdarzało, Inez ze wstydem stwierdzała, że mimo upływu lat i okupionego wysikiem dążenia, ona w głębi duszy niewiele się zmieniła. Czasem miała wrażenie, że tak naprawdę jest kimś zupełnie innym, osobą, której ona sama w ogóle nie zna: niekiedy kimś na wskroś podłym i nikczemnym, a innym razem znacznie lepszym niż by się tego po sobie mogła spodziewać. W tych chwilach potrafiła znaleźć w sobie spokój, o którym nigdy nie sądziła, że istnieje, a także rozpacz i ból silniejsze niż cokolwiek, czego do tej pory doświadczyła.
Kiedy zamykała oczy i próbowała wyobrazić sobie swoją duszę, oczami wyobraźni widziała miejsce, które znała z dzieciństwa. Było to skrzyżowanie polnych dróg nieopodal lasu, w niedalekim sąsiedztwie domu, gdzie spędzała letnie wakacje w towarzystwie kuzynki. Kiedy jednak Marianka wyjeżdżała albo innym razem, gdy Inez miała ochotę spędzić trochę czasu sama, często szła właśnie na skraj lasu, gdzie piaszczysta droga rozwidlała się, prowadząc w trzy pozostałe strony świata. Inez bawiła się tam sama. To w tym miejscu nauczyła się jeździć na rowerze i pisać lewą ręką jak w lustrzanym odbiciu. Najbardziej jednak lubiła rysować na gładkim i zwartym piachu, po którym tylko z rzadka przejeżdżał jakiś samochód. Upodobała sobie szczególnie tę drogę, na którą rzucały cień ogromne kilkudziesięcioletnie brzozy. Wiedziała, że najstarsze z nich zostały posadzone przez babcię i jej szkolnych kolegów w ramach zorganizowanej akcji, tuż po zakończeniu wojny. Inez wyobrażała sobie, że ta droga prowadzi w daleki świat, w który wyruszali bohaterowie baśni, czytanych na dobranoc przez matkę. Dziewczynka miała przeczucie, że na jej końcu czeka odpowiedź, wyjaśnienie tajemnicy, może historia jej własnego życia. Droga prowadziła na wschód, tam, skąd rano wynurzało się słońce. Teraz, kiedy wspominała to po latach, nie mogła pozbyć się wrażenia, że z jakiegoś powodu jej przeznaczenie biegnie w kierunku odwrotnym do ruchu słońca, w górę rzeki, pod prąd... tak jak gdyby chciało za wszelką cenę przeciwstawić się światu czy biegowi czasu. Dzisiaj znów kazało jej wracać do tego, co jak sądziła, już dawno pozostawiła za sobą.
Obawiała się spotkania z ojcem. Przeczuwała, że odżyją w niej dawne urazy i żale, o których wolała myśleć, że stanowią część życia kogoś w gruncie rzeczy zupełnie innego, osoby, która nigdy tak naprawdę nie istniała, bo choć tak podobna, stanowiła jedynie jej zwierciadlane odbicie.