Tamtego dnia Claudia wróciła do domu wcześniej niż zwykle. Nie licząc dwugodzinnej przerwy na obiad, zazwyczaj spędzała w szkole cały dzień. Lekcje trwały od dziewiątej rano do szóstej wieczorem. Tym razem jednak popołudniowe zajęcia zostały odwołane ze względu na awarię instalacji elektrycznej. Autobus, którym wracała ze szkoły, utknął w korku. W ciągu pięciu minut przesunął się raptem na drugą stronę skrzyżowania. Światła semaforów już trzeci raz sygnalizowały możliwość przejazdu. Claudia wyciągnęła z kieszeni spodni papierową chusteczkę i ścisnęła ją w dłoniach. Twarda faktura papieru stopniowo poddawała się nerwowym ruchom palców, dyskretnie chłonąc nadmiar wilgoci. Zanim autobus ruszył, napięcie włókien celulozy ustąpiło i chusteczka zaczęła przybierać formę lepkiej bryły. Claudia otworzyła dłoń i spojrzała na pozbawiony jednoznacznego kształtu zwitek papieru. Przyszło jej do głowy, że wygląda jak miniaturowy, zbudowany z trzech białych kulek bałwan. „Nietypowe skojarzenie jak na mieszkankę kraju, w którym z powodu lekkiego opadu śniegu odwołuje się lekcje w szkołach” – pomyślała - „Inez zawsze bawiła ta zależność…”
Autobus gwałtownie przyspieszył, wywołując chwilowe poruszenie wśród pasażerów. Chusteczka wypadła na podłogę z na wpół otwartej dłoni. Zanim dziewczyna schyliła się, by ją podnieść, skrawek papieru zniknął pod butami stłoczonych w wąskim przejściu ludzi. Siła pędu sprawiła, że kilku z nich straciło równowagę. Inni kurczowo uchwycili się metalowych rurek, gumowych poręczy, krawędzi siedzeń, a w nielicznych przypadkach nawet siebie nawzajem. Kierowca, korzystając z kilkuset metrów wolnego pasa, robił wszystko, by zrekompensować pasażerom zniecierpliwienie ostatnich chwil, ugrzęzłych w gęstej zawiesinie godziny szczytu. Szaleńczej szarży pomiędzy krawężnikami towarzyszył monotonny dźwięk dzwonka telefonu dochodzący z wnętrza plecaka Claudii, który jednak musiał pozostać wołaniem w próżnię.
Gdy tylko wysiadła z autobusu, ściągnęła z ramion plecak i zanurzyła rękę w tylniej kieszeni w poszukiwaniu telefonu. „Dwa nieodebrane połączenia od ojca.” Pomyślała, że coś musiało się wydarzyć, bo dzień wcześniej długo rozmawiali, a ojciec nie miał w zwyczaju dzwonić do niej częściej niż dwa razy w tygodniu. Wybrała numer i po chwili usłyszała jego głos w słuchawce.
- Cześć tato, coś chciałeś?
- Tak, tak, chciałem ci opowiedzieć dowcip.
- Dowcip? – Claudia skrzywiła usta w grymasie, który byłby uśmiechem, gdyby nie towarzyszyło mu zdumienie.
- No właśnie, chciałem, ale teraz pamiętam tylko puentę… Więc to chyba nie ma większego sensu… Choć ona była najlepsza.
- No domyślam się.
- W zasadzie, gdyby nie ta puenta, dowcip wcale nie byłby zabawny.
- To akurat dość typowe. – spokojnie skwitowała Claudia, przechodząc przez ulicę dwadzieścia metrów od przeznaczonego do tego celu miejsca.
- Idziesz na obiad?
- Nie, do domu. Dzisiaj nie mam już lekcji. Puścili nas wcześniej, bo nie było prądu.
- To teraz z takich powodów zamyka się szkołę? Co za czasy… Kiedyś do przeprowadzenia lekcji wystarczyła tablica i kawałek kredy…
- Z Zeusem wszystko dobrze? – przerwała mu bezceremonialnie.
- Tak, a dlaczego ma być źle?
- Znam cię, jak dzwonisz i czytasz mi skład koszuli albo na dzień dobry opowiadasz o tym, jak wymieniałeś chłodnicę, to coś jest nie tak. Jak wtedy, gdy Zeus miał paraliż kończyn…
- A właśnie, puenta!
- No?
- Norweski ambasador chce koszyk owoców.
- Znam to, ale raczej słabe…
- Dasz mi Zeusa na chwilę?
- Śpi teraz.
- Wiem, że kłamiesz, ale ci wybaczam.
- On ci i tak nic nie powie, musisz go odwiedzić, wyprowadzić na spacer, poklepać po grzbiecie, pociągnąć za ucho... Wtedy przemówi.
- Neus dzwoniła wczoraj wieczorem, mówiła, że Inez przyjeżdża.
- Za tydzień będzie.
- A to pewnie się stresujesz…
- Ja? A czym mam się niby stresować?
- Chciałabym się z nią zobaczyć. Może mnie odwiedzi tutaj, skoro już będzie w Hiszpanii.
- Lepiej byłoby gdybyś ty przyjechała do L’Escali.
- Czyli jednak masz stracha…
- Dzisiaj jesteś wyjątkowo złośliwa.
- Wydaje ci się, tato, po prostu ty spuściłeś z tonu.
- To ci się udało!
Kiedy przekręciła klucz w zamku, usłyszała kroki na schodach piętro niżej. Otworzyła drzwi i weszła pośpiesznie, zanim zobaczyła, kto za nią idzie.
- Jestem już w domu!
- Jest matka?
- Przecież o tej porze pracuje... Wiesz co, muszę teraz coś zrobić do jedzenia. Jestem głodna jak wilk. Jak chcesz pogadać, to zadzwoń za godzinę, okej?
- Dobra, dobra, to na razie!
- No pa!
W tej samej chwili, kiedy się rozłączyła, usłyszała ciche pukanie do drzwi. Zbliżyła twarz do oka judasza i gdy tylko obraz nabrał ostrości, skrzywiła się i zaklęła tak głośno, że osoba stojąca za drzwiami musiała to usłyszeć.