Dzięki tej stronie mogę podzielić się z Tobą powieścią DUCHY POWIETRZA. Od czasu, kiedy spisałam tę historię, przeleżała w szufladzie wiele miesięcy. Szuflada to dość przytulne miejsce - szczególnie jeśli się do niej zbyt często nie zagląda. Jestem jednak przekonana, że tu będzie jej znacznie lepiej. Tym bardziej, że zadbam o to, by DUCHY POWIETRZA stopniowo oswajały się z tą nową przestrzenią: co jakiś czas - jeśli się uda, raz w tygodniu - będę zamieszczać post z kolejnym fragmentem powieści. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, byś nie mogła czy nie mógł doczekać się kolejnej wizyty na tej stronie.

Wpisy z tagiem: 23

środa, 12 października 2011
23

Matka zaproponowała, że odwiezie mnie na stację. Nawet nie spytała czy nie wolałabym, żeby pojechała ze mną. Nie mam jej tego za złe, ale wiem, że prędzej czy później będzie miała o to do siebie pretensje. Teraz uspokaja się jeszcze myślą, że to pewnie tylko kolejny wyskok ojca, desperacka próba przełamania naturalnego biegu zdarzeń, tego, co inni nazywają naturalnym biegiem zdarzeń... Ja też wciąż mam nadzieję, że tak właśnie jest, że to jedynie kolejny wybryk, że lada moment zadzwoni telefon, a na ekranie wyświetli się „Ojciec Antonio”; Ojciec Antonio... co najmniej tak, jakby był księdzem, nomen omen, albo jak gdybym miała kilku ojców. Mam tylko jednego, co trudno powiedzieć o moich siostrach. One mają jedynie matki. To oczywiście przesada, ale naiwnie jest udawać, że gdy się o czymś myśli, zachowuje się równowagę. Każda refleksja, bardziej czy mniej dogłębna, kończy się uchwyceniem kontrastu. A żeby dostrzec granicę, należy wyolbrzymić różnicę. Nasze umysły mamią się przeciwieństwami. Duże – małe, dobre – złe, nowe – stare... Życie – śmierć.

Gdzieś pomiędzy leży prawda, ale ona nie oddziałuje tak silnie na moją wyobraźnię. Pomiędzy tak i nie... Nie jest ani zwątpieniem, ani wstrzymaniem się od sądu, ani kompromisem, ani sumą kilku możliwości... Najbliżej jej chyba do pytania, byle nie było retoryczne. Duszno mi. Znowu tu jestem. Dom pachnie ojcem, co do tej pory starałam się ignorować. Inez sprawia wrażenie nieobecnej, prawie nic nie mówi, a kiedy się odezwie, wszystkich wprawia to w zakłopotanie. Odkąd była tu ostatni raz, bardzo się zmieniła. Ona i Elena to kompletne przeciwieństwa. Znów wyolbrzymiam, ale tak mi wygodniej. Przekłamania pozwalają zachować skupienie, stworzyć opowieść, odnaleźć sens zdarzeń.  Zresztą, muszę się silić na zdrowy rozsądek, o którym mam niezbyt dobre mniemanie, na skrajną ignorancję; żeby je obie spłaszczyć do takiego wymiaru, w którym jedna staje się antytezą drugiej. Uproszczenia mają jednak wiele zalet praktycznych. Pozwalają na przykład wyznaczać cele, wierzyć w to, że dążenie do nich ma w ogóle jakiś sens. Z trudem przełykam ślinę. Mam złe przeczucia. Kiedy myślę o najgorszym, nie wyobrażam sobie przebiegu wydarzeń. Widzę tylko tragiczny rezultat. Nie martwego ojca, ale informację na temat jego śmierci. To zupełnie co innego. Ten statyczny obraz łatwiej oswoić niż wizję następujących po sobie wypadków. Umysł może odgrywać ten scenariusz w nieskończoność, a ja za każdym razem mam wrażenie, że jestem w centrum zdarzeń, choćby tylko dlatego, że je obserwuję; wydaje mi się, że mogę zareagować, że wciąż jestem w stanie wszystko zmienić. Fizycznie mnie tam nie ma, pewnie nawet to „tam”, w takiej formie, w jakiej potrafię je sobie wyobrazić, nie istnieje; albo raczej nie zaistniało. Jeśli coś strasznego miało się stać, to przecież już się wydarzyło; do póki jednak nie mam pewności, to wciąż jest teraźniejszość, to wciąż jest moment wyboru i działania. Iluzja? Bezsilność jest najgorsza. Nie ma mnie tam, ale czuję się tak jak gdyby wystarczyła jedna myśl, dobra, a może zła intencja, błogosławieństwo albo klątwa rzucona w odpowiednim kierunku; mogą być przecież jak trzepot skrzydła motyla, o którym mówią, że potrafi wywołać huragan. A jednak telefon nie dzwoni. Może przeklinam tego, kogo powinnam błogosławić. Pytam ją, co o tym wszystkim myśli? Inez głaszcze psa i mówi, że to magia. A ona nie wierzy w jej skuteczność, tak przynajmniej stwierdza. Dziwię się, bo jeszcze chwilę temu zdawała się przekonywać mnie o czymś zupełnie odwrotnym. Wyjaśnia, że problem nie polega na tym, że to nie działa, ale jak działa. Nie bardzo rozumiem. Zaczyna mówić o środkach i celach, chyba chodzi jej o to, że pierwsze myli się z drugimi. Już jej nie słucham. Wyobrażam sobie, że ojciec nie żyje. W jednej chwili się wzdrygam, czuję ukłucie bólu pod mostkiem. Usiłuję zignorować ciemny obraz, który przysłania mi wszystkie inne, próbuję zrozumieć słowa wypowiadane przez Inez, ale mam wrażenie, że mówi w obcym języku. Wsłuchuję się w brzmienie jej głosu i staram się rozróżnić pojedyncze wyrazy, ułożyć je w zdania, przeczytać i pojąć ich sens. Jej usta poruszają się po woli. Znowu pauza i oddech. Obserwuję jej twarz, oczy. Kształt nosa ma po ojcu, foremny, wąski, z niewielką wypukłością wzdłuż kości. Płatki nosa poruszają się delikatnie, kiedy wciąga do płuc kolejną porcję powietrza; jak skrzydła odpoczywającego na barwnym kwiecie motyla, ich ruch zdradza jego obecność. Oddycham w tym samym, nieregularnym rytmie, który towarzyszy jej opowieści. Wyobrażam sobie zwierciadlany ruch moich własnych nozdrzy. Patrzę na jej twarz i czuję się tak, jak gdybym przeglądała się w lustrze. Pytam, dlaczego mówi po polsku. Przecież i tak mnie nie słuchasz, odpowiada. Śmiejemy się. Czy to normalne w tych okolicznościach? Nie wiem, co jej odpowiedzieć. Zmieniam temat. Pytam, kim jest Marek. Mówi, że to przyjaciel. Waha się i czeka aż zadam kolejne pytanie. Ale ja chyba nie mam do tego chęci. Po chwili dodaje, że był kiedyś z Agnieszką. Potem jednak potrząsa głową w przeczącym geście i wyjaśnia, że to nie tak, że nie do końca o to chodziło. Sypiali ze sobą?, rzucam retorycznie, bez ogródek. Inez zastanawia się chwilę. Bez zdecydowania przytakuje, po czym wyjaśnia, że to nie wszystko. Nie mam ochoty jej ciągnąć za język, choć widzę, że chciałaby o tym ze mną porozmawiać. Nie chcę słuchać znów o Agnieszce, na pewno nie dziś.



stat4u