Dzięki tej stronie mogę podzielić się z Tobą powieścią DUCHY POWIETRZA. Od czasu, kiedy spisałam tę historię, przeleżała w szufladzie wiele miesięcy. Szuflada to dość przytulne miejsce - szczególnie jeśli się do niej zbyt często nie zagląda. Jestem jednak przekonana, że tu będzie jej znacznie lepiej. Tym bardziej, że zadbam o to, by DUCHY POWIETRZA stopniowo oswajały się z tą nową przestrzenią: co jakiś czas - jeśli się uda, raz w tygodniu - będę zamieszczać post z kolejnym fragmentem powieści. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, byś nie mogła czy nie mógł doczekać się kolejnej wizyty na tej stronie.

Wpisy z tagiem: na marginesie

sobota, 11 lutego 2012
"Pierścionek"

23 część "Duchów powietrza" to półmetek. Postanowiłam, że na razie zrobią sobie przerwę od Internetu. Może kiedyś uda się im znaleźć wydawcę ;) Wtedy na pewno informacja na ten temat znajdzie się na tej stronie. Tymczasem zamieszczam jednak coś na pocieszenie dla fanów mojej prozy.

 

Pamiętasz? To wciąż ten sam pierścionek, srebrny, z perłowym oczkiem. Nigdy nie przestałam go nosić. Chciałam, żeby mi pomógł pamiętać, a teraz przypomina jedynie o tym, jak wiele zapomniałam. Gdybym schowała go wtedy do małej czerwonej szkatułki, którą otwieram tylko przy okazji wiosennych porządków, może zachowałby swą moc. Jedno spojrzenie, dotyk zimnego metalu, dźwięk, jaki wydaje, gdy kładę go na drewnianym blacie… byłyby jak magiczne zaklęcie, które przywołuje tamten czas i miejsce, jak lupa, pozwalająca dostrzec znaczący detal, odczytać słowo ukryte w gąszczu zdań, może twoje imię. Kiedyś tak wyraźne, zapodziało się przy jednej z wielu przeprowadzek, zgubiło w korowodzie zdarzeń, zniknęło pod warstwami opadających każdej jesieni liści. Już o tobie nie śnię. Spoglądam jeszcze raz na pierścionek i usiłuję przypomnieć sobie tamte dłonie, smukłe jasne palce. Twój ciepły dotyk, dźwięk głosu, spojrzenie. I tamten przerwany w połowie dzień.

Zanim padnie ostatnie słowo, ludzie umierają. Śmierć kogoś bliskiego jest trochę jak gorączkowe rozedrganie umysłu po przebudzeniu z dusznego, kwaśnego snu, w który zupełnie nieoczekiwanie przeistoczyła się popołudniowa drzemka. Czas sprawia wrażenie zatęchłego i zagęszczonego tak bardzo, że rutynowe czynności z trudem przeciskają przezeń ciało. Wieczór traci swój przytulny charakter, oblepia wszystkie członki cierpkim odrętwieniem. Rozedrganie przestrzeni staje się nagle nie do zniesienia, tłamsi oddech, oblewa plecy dreszczem. Codzienność już dłużej nie przystaje do kształtu rzeczywistości. Uwiera. Dzień po dniu przywykasz do nowego stężenia czasoprzestrzeni, oswajasz układ odniesień, przestajesz rozpamiętywać... Ból kruszy się razem z naskórkiem. Ciszy ubywa, tęsknota miarowo płowieje, by ostatecznie przekształcić się zupełnie we wspomnienie żalu. Zanim całkowicie zrzucisz starą skórę, odchodzi przywiązanie. Drogi prowadzące donikąd, ślepe uliczki dawnych przyzwyczajeń zarastają, nikną w gąszczu wartkiego życia. Wydzierająca spoza nich pustka starczy w końcu tylko za skrawek nieba, które pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, ucieszy oko, wypełniając okno jasnym błękitem. Ale wtedy nie będziesz pamiętać, jak dojść do tych miejsc, których już nie ma. Strzępy wspomnień przesiąkną sennymi rojeniami, balon czasu napęcznieje od nowych wrażeń.

Ludziom wydaje się zwykle, że czas płynie, obradzając w kolejne momenty, i każda minuta równa jest poprzedniej, godzina - następnej, jak klatki taśmy filmowej, jak dźwięki utworu muzycznego, krople wody. Tik-tak, tik-tak… A jednak to tylko powodowane mechanistycznymi uprzedzeniami złudzenia. Choć zegary każą nam wierzyć w coś zupełnie innego, te wszystkie lata pozwoliły mi dostrzec prawdę. Energicznie poruszam palcami, dziergając kolejny szal. Już nawet uśmiecham się z przyzwyczajenia. Wygodnie mi za tą kurtyną codziennych rytuałów. Dziś już dobrze wiem, że kolejny rok będzie o połowę krótszy od bieżącego. Pamiętam jeszcze, że kiedyś, gdy byłam dzieckiem, dni wypełnione były długimi godzinami, deszczem i słońcem. Teraz nikną, przeciekają między palcami, poranki rozpuszczają się w wieczorach, lata mkną coraz szybciej, życie przyspiesza. A jednak narastająca prędkość to tylko złudzenie. Sęk w tym, że człowiek zawsze, niezależnie od wieku, może pomieścić w sobie tyle samo życia, ani odrobiny więcej.

Kiedy byłam dzieckiem, widziałam wszystko z bliska, każda chwila rozprężała się swobodnie w balonie czasu, zajmowała całą przestrzeń, jaśniała. Kształty i kolory były prawdziwe. W miarę jak dorastałam, życie zagęszczało się od kolejnych momentów, pączkowało, kwitło. Potem przyszły mknące lata, obrazy jasne i ciemne, wyraźne i zamazane. W tej chwili jest ich tak dużo, że potrzebuję lunety, bo dostrzec jeden z nich, by widzieć wyraźnie to co dzieje się teraz. Mówią, że to skleroza, ale ja dobrze wiem, co to oznacza. Niedługo skończy się miejsce. Wkrótce balon pęknie. Szkło skruszy się, zanim ostatnie ziarenko piasku osiądzie na dnie klepsydry. Dawno temu, kiedy dziadek sadzał mnie na bagażniku swojego roweru i jechaliśmy razem na przejażdżkę wzdłuż rzeki, wierzyłam, że z takich drobinek wyrastają kamienie. Z początku małe otoczaki, w ciągu setek lat przeistaczają się w ogromne głazy, a w końcu w skały drzemiące głęboko w ziemi. Nie wszystkie jednak mają tyle szczęścia. Jeśli ziarenko znajdzie się przypadkiem w brzuchu małża, który oblecze je warstwą masy perłowej, na długie lata pozostanie zamknięte w srebrzystobiałym kokonie. Ludzie mówią, że perły to łzy. Teraz została mi tylko jedna. Kiedyś ktoś mi ją podarował. To chyba byłeś ty.

piątek, 03 lutego 2012
Z lotu ptaka - kilka słów o "Sto lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza

„Sto lat samotności” to misterna sieć powiązań, którą autor wyplata z okruchów ludzkich namiętności, pragnień, lęków i tęsknoty, by ukazać ich ukryte znaczenie, wymiar, który umyka w zwyczajnej, codziennej perspektywie pojedynczego ludzkiego życia. Obraz, jaki staje się rezultatem jego pracy twórczej można by porównać do wizerunku rysunków z Nazca, które zyskują sens, dopiero gdy zobaczy się je z lotu ptaka. Kiedy jesteśmy zbyt blisko, na ziemi, gdy własnymi stopami stąpamy po ich konturach, nie mamy pojęcia, z czym naprawdę obcujemy. Tak samo jest z życiem poszczególnych bohaterów dzieła Márqueza, członków rodziny Buendía. Los, jaki staje się udziałem każdego z nich, sprawia wrażenie chaotyczniej siły, ślepej i pozbawionej sensu, jednak gdy zmienimy perspektywę, dostatecznie się oddalimy, kiedy obejmiemy wzrokiem cały wiek, tytułowe sto lat, wówczas zobaczymy obraz harmonijny i piękny, dojrzymy istotę biegu zdarzeń, która z perspektywy pojedynczego życia, uwikłanego w namiętności i tęsknoty, tylko w nielicznych przypadkach może zostać w pełni uchwycona. Tym wyjątkowym przypadkiem jest Aureliano Babilonia, ostatni potomek rodu. To jemu udaje się dostrzec porządek rzeczywistości, przydarza mu się to, co jest udziałem nielicznych: zobaczenie swojego miejsca w biegu życia, zrozumienie swojego losu, nawet jeśli wcale nie jest taki, jakiego by się dla siebie pragnęło. 

Dla przeciętnego człowieka sto lat losów ludzkich to szmat czasu, o wiele więcej niż błysk pojedynczej iskry czy trwanie bańki mydlanej, a jednak w każdym z nich kryje się ta sama natura, ten sam mechanizm: pod dotknięciem wiatru znikają w nicości. W ciemności gubi się okruch ognia, pęka delikatna, mieniąca się kolorami tęczy przejrzysta powłoka bańki, korowód postaci niknie w zapomnieniu. Jest tak, jak gdyby nigdy ich nie było.

poniedziałek, 10 października 2011
W cieniu czarno-białych masek - recenzja "Beltenebros" Antonia Muñoza Moliny

Znów "na marginesie", ale może kogoś ucieszy:

Główny bohater powieści przybywa do Hiszpanii, by zabić człowieka, którego nigdy wcześniej nie spotkał. Pościg za ofiarą zamienia się jednak stopniowo w pogoń za sobą samym, za prawdą o swoim życiu. Gdy ta prawda zaczyna się wyłaniać, okazuje się, że nie można jej dostrzec w jasnym świetle dnia, które nadaje ludziom i zdarzeniom wyraźne kontury dobra i zła, piękna i brzydoty. Prawda wymyka się tym kategoriom, przybiera odcienie szarości i daje się uchwycić dopiero w półmroku. Dopiero w półmroku Darman – główny bohater powieści pojmuje, że choć nie mógł jej dostrzec, przez cały czas miał ją przed oczami. Tak samo jak na lotnisku - po przyjeździe do Madrytu - miał przed oczami odbicie swojej twarzy w kawiarnianej szybie. Jednak nie mógł jej dostrzec pośród innych: „.. kiedy w końcu ją spostrzegłem, drobną i odległą, zagubioną, banalną, wydała mi się twarzą kogoś innego, może tego kim jestem, nic o tym nie wiedząc”[1].

Beltenebros to książę cienia. Cień jest władcą sensów, które nadajemy rzeczywistości, a Molina mistrzowsko włada jego językiem - językiem półmroku. Można odnieść wrażenie, że fabuła „Beltenebros” – choć tak przyciągająca uwagę do samego końca – stanowi tylko pretekst, by oddać subtelną naturę ludzkiej tożsamości, by zdemaskować pozory jednoznaczności i kruchość podstawy, na której człowiek buduje sens swojego życia, na której buduje sens, jaki przypisuje życiu innych ludzi.

„Beltenebros” to opowieść Darmana - to z jego perspektywy czytelnik śledzi rozwój wydarzeń. Ta perspektywa nadaje sens oraz bieg fabule i jest wyrazem przenikliwości i zrozumienia autora dla ludzkiej natury, dla natury subiektywności, której doświadczenie znacznie odbiega od pozorów, jakie ludzie uwieczniają w słowach hymnów pochwalnych i w pomnikach bohaterów. Darman – bohater na miarę swojej sprawy – odnosi się sceptycznie do roli przypisanej mu przez „towarzyszy broni”, jednak ostatecznie maska bohatera okazuje się nader często stanowić bezpieczne schronienie, niczym nawyk, który staje się drugą naturą człowieka: „(…) kiedy się goliłem, zdzierając z twarzy oznaki zmęczenia i szary cień zarostu, zacząłem powoli odzyskiwać odporność, którą przez tyle lat wypracowałem albo nauczyłem się udawać, bo przypisywały mi ją spojrzenia innych”[2].

Jednak Darman nie jest jednym z tych – o ile tacy w ogóle istnieją – którym dane jest ulec iluzji swoich przyzwyczajeń i pomylić ją z prawdą o sobie i swoim miejscu w świecie. Choć może na początku tylko coś przeczuwa. Przeczuwa, że niezłomność jego wieloletniej rutyny nie jest w stanie dać mu poczucia sensu. Ale – paradoksalnie – to właśnie ta rutyna doprowadza go do miejsca, z którego może zobaczyć swoją twarz wyraźnie, jak gdyby znalazł się nagle po drugiej stronie lustra.



---
[1] Antonio Muñoz Molina, „Beltenebros”, przeł. Wojciech Charchalis, wyd. Rebis, Poznań 2000, s. 52.
[2] Ibidem, s. 128.

poniedziałek, 03 października 2011
Literacki blog roku - konkurs

Dziś ruszył konkurs na literacki blog roku. Zgłoszonych zostało ponad 100 blogów zawierających twórczość literacką autorów lub teksty o literaturze. Każdy internauta może oddać głos na wybrany przez siebie blog. Zapraszam do udziału w głosowaniu. Tutaj można zagłosować na "Duchy powietrza", do czego gorąco zachęcam.

Wszystkim, którzy zdecydują się oddać swój głos akurat na "Duchy...", serdecznie dziękuję.

wtorek, 13 września 2011
na marginesie

Opowiadacze świata

Zapraszam na stronę projektu "Opowiadacze świata", gdzie można znaleźć opowieści pochodzące z najodleglejszych zakątków naszej planety. Zostały one zredagowane w taki sposób, by rodzice i opiekunowie z przyjemnością mogli czytać je dzieciom i aby rozpalały wyobraźnię młodych ludzi także w naszym kręgu kulturowym. Na stronie regularnie publikowane są kolejne opowieści. Wśród wielu fascynujących baśni, legend i mitów pojawią się także takie, które zostały przetłumaczone i opracowane przeze mnie (w tej chwili można już przeczytać "Opowieść o nietoperzu"). Życzę owocnej lektury!

----------------------------

Ponieważ od kilku tygodni strona strona Projektu "Opowiadacze świata" nie istnieje, zamieszczam tutaj linki do trzech opowieści, które miałam przyjemność tłumaczyć:

Opowieść o nietoperzu

Opowieść o rzecze, która mówi

Opowieść o zakładach

Aktualizacja posta: 27 kwietnia 2012

środa, 16 marca 2011
na marginesie

Dzisiaj


Złota era imperium dobiega szarego końca

staje w szeregu za tymi, którzy nigdy jej nie dogonią

tam gdzie zawsze jest tutaj

wczoraj spotyka jutro


i spogląda w lustro jak gdyby było oknem

na świat

przychodzi

gdy słonce mieni się dniem

i chleb twardnieje nawet w ustach

tylko dlatego, że jest wczorajszy

nic dobrego już mu się nie przydarzy

oprócz gołębi


w ich zgrubiałych gardłach pełno jest skarbów

ale przechodnie mijają je obojętnie, w pośpiechu i bez zachwytu

potykają się o nie nawet kamienie


niedziela, 27 czerwca 2010
na marginesie
Dzisiejszego niedzielnego poranka ukazał się kolejny, 35 numer kwartalnika lieracko-artystycznego sZAFa. Każdy, kto ma ochotę poddać się hipnotyzującej mocy słów, z pewnością znajdzie tutaj ku temu niejedną okazję.
Wśród wielu publikowanych w numerze tekstów znajdziesz również prozę mojego autorstwa.


stat4u