Dzięki tej stronie mogę podzielić się z Tobą powieścią DUCHY POWIETRZA. Od czasu, kiedy spisałam tę historię, przeleżała w szufladzie wiele miesięcy. Szuflada to dość przytulne miejsce - szczególnie jeśli się do niej zbyt często nie zagląda. Jestem jednak przekonana, że tu będzie jej znacznie lepiej. Tym bardziej, że zadbam o to, by DUCHY POWIETRZA stopniowo oswajały się z tą nową przestrzenią: co jakiś czas - jeśli się uda, raz w tygodniu - będę zamieszczać post z kolejnym fragmentem powieści. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, byś nie mogła czy nie mógł doczekać się kolejnej wizyty na tej stronie.
Wpisy z tagiem: recenzja
piątek, 03 lutego 2012
Z lotu ptaka - kilka słów o "Sto lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza
„Sto lat samotności” to misterna sieć powiązań, którą autor wyplata z okruchów ludzkich namiętności, pragnień, lęków i tęsknoty, by ukazać ich ukryte znaczenie, wymiar, który umyka w zwyczajnej, codziennej perspektywie pojedynczego ludzkiego życia. Obraz, jaki staje się rezultatem jego pracy twórczej można by porównać do wizerunku rysunków z Nazca, które zyskują sens, dopiero gdy zobaczy się je z lotu ptaka. Kiedy jesteśmy zbyt blisko, na ziemi, gdy własnymi stopami stąpamy po ich konturach, nie mamy pojęcia, z czym naprawdę obcujemy. Tak samo jest z życiem poszczególnych bohaterów dzieła Márqueza, członków rodziny Buendía. Los, jaki staje się udziałem każdego z nich, sprawia wrażenie chaotyczniej siły, ślepej i pozbawionej sensu, jednak gdy zmienimy perspektywę, dostatecznie się oddalimy, kiedy obejmiemy wzrokiem cały wiek, tytułowe sto lat, wówczas zobaczymy obraz harmonijny i piękny, dojrzymy istotę biegu zdarzeń, która z perspektywy pojedynczego życia, uwikłanego w namiętności i tęsknoty, tylko w nielicznych przypadkach może zostać w pełni uchwycona. Tym wyjątkowym przypadkiem jest Aureliano Babilonia, ostatni potomek rodu. To jemu udaje się dostrzec porządek rzeczywistości, przydarza mu się to, co jest udziałem nielicznych: zobaczenie swojego miejsca w biegu życia, zrozumienie swojego losu, nawet jeśli wcale nie jest taki, jakiego by się dla siebie pragnęło.
Dla przeciętnego człowieka sto lat losów ludzkich to szmat czasu, o wiele więcej niż błysk pojedynczej iskry czy trwanie bańki mydlanej, a jednak w każdym z nich kryje się ta sama natura, ten sam mechanizm: pod dotknięciem wiatru znikają w nicości. W ciemności gubi się okruch ognia, pęka delikatna, mieniąca się kolorami tęczy przejrzysta powłoka bańki, korowód postaci niknie w zapomnieniu. Jest tak, jak gdyby nigdy ich nie było.
W cieniu czarno-białych masek - recenzja "Beltenebros" Antonia Muñoza Moliny
Znów "na marginesie", ale może kogoś ucieszy:
Główny bohater powieści przybywa do Hiszpanii, by zabić człowieka, którego nigdy wcześniej nie spotkał. Pościg za ofiarą zamienia się jednak stopniowo w pogoń za sobą samym, za prawdą o swoim życiu. Gdy ta prawda zaczyna się wyłaniać, okazuje się, że nie można jej dostrzec w jasnym świetle dnia, które nadaje ludziom i zdarzeniom wyraźne kontury dobra i zła, piękna i brzydoty. Prawda wymyka się tym kategoriom, przybiera odcienie szarości i daje się uchwycić dopiero w półmroku. Dopiero w półmroku Darman – główny bohater powieści pojmuje, że choć nie mógł jej dostrzec, przez cały czas miał ją przed oczami. Tak samo jak na lotnisku - po przyjeździe do Madrytu - miał przed oczami odbicie swojej twarzy w kawiarnianej szybie. Jednak nie mógł jej dostrzec pośród innych: „.. kiedy w końcu ją spostrzegłem, drobną i odległą, zagubioną, banalną, wydała mi się twarzą kogoś innego, może tego kim jestem, nic o tym nie wiedząc”[1].
Beltenebros to książę cienia. Cień jest władcą sensów, które nadajemy rzeczywistości, a Molina mistrzowsko włada jego językiem - językiem półmroku. Można odnieść wrażenie, że fabuła „Beltenebros” – choć tak przyciągająca uwagę do samego końca – stanowi tylko pretekst, by oddać subtelną naturę ludzkiej tożsamości, by zdemaskować pozory jednoznaczności i kruchość podstawy, na której człowiek buduje sens swojego życia, na której buduje sens, jaki przypisuje życiu innych ludzi.
„Beltenebros” to opowieść Darmana - to z jego perspektywy czytelnik śledzi rozwój wydarzeń. Ta perspektywa nadaje sens oraz bieg fabule i jest wyrazem przenikliwości i zrozumienia autora dla ludzkiej natury, dla natury subiektywności, której doświadczenie znacznie odbiega od pozorów, jakie ludzie uwieczniają w słowach hymnów pochwalnych i w pomnikach bohaterów. Darman – bohater na miarę swojej sprawy – odnosi się sceptycznie do roli przypisanej mu przez „towarzyszy broni”, jednak ostatecznie maska bohatera okazuje się nader często stanowić bezpieczne schronienie, niczym nawyk, który staje się drugą naturą człowieka: „(…) kiedy się goliłem, zdzierając z twarzy oznaki zmęczenia i szary cień zarostu, zacząłem powoli odzyskiwać odporność, którą przez tyle lat wypracowałem albo nauczyłem się udawać, bo przypisywały mi ją spojrzenia innych”[2].
Jednak Darman nie jest jednym z tych – o ile tacy w ogóle istnieją – którym dane jest ulec iluzji swoich przyzwyczajeń i pomylić ją z prawdą o sobie i swoim miejscu w świecie. Choć może na początku tylko coś przeczuwa. Przeczuwa, że niezłomność jego wieloletniej rutyny nie jest w stanie dać mu poczucia sensu. Ale – paradoksalnie – to właśnie ta rutyna doprowadza go do miejsca, z którego może zobaczyć swoją twarz wyraźnie, jak gdyby znalazł się nagle po drugiej stronie lustra.
--- [1] Antonio Muñoz Molina, „Beltenebros”, przeł. Wojciech Charchalis, wyd. Rebis, Poznań 2000, s. 52. [2] Ibidem, s. 128.