Jest takie miejsce na świecie, gdzie rośnie zielony, pachnący żywicą las, gdzie słychać szepty drzew, radosne nawoływania ptaków i szum spływającej po kamieniach wody. Spomiędzy zielonych gałęzi leją się z nieba strumienie błękitu, tak gęstego, że aż bolą od niego oczy. Z oddali słychać ryczenie pasących się na polanie nieopodal rzeki krów. Stoi tam mały, otoczony ogrodem dom ze słoneczną werandą. Wokół biegają gęsi, kury z uciechą oddają się piaskowym kąpielom. Pod niebem szybują jaskółki. Ogród jest pełen kolorowych kwiatów i liści rabarbaru. Liście są tak duże, że dzieci chowają się pod nimi jak pod parasolami. To jedyne lato w ich życiu, kiedy mogą się tak bawić. Dzieci szybko rosną. Za rok urosną na tyle, że nie będą się już mieścić pod liśćmi rabarbaru. Wtedy zaczną odkrywać pobliski las i rzekę, później zbudują domek na drzewie, gdzie będą rozmawiać, śmiać się, grać w karty godzinami, przeglądać kolorowe gazety i obgryzać kolby świeżej kukurydzy. Lato szybko mija, przychodzi jesień i trzeba wracać do szkoły. Dom nad rzeką zapada w zimowy sen. Ścierniska płowieją od zimnego wiatru, dzieci po latach wracają i trudno im uwierzyć, że już nie tylko liście rabarbaru są za małe, by mogły się pod nimi schować.
Ten wieczór jest jak dziecięce wysiadywanie przy oknie w oczekiwaniu na koniec deszczu. Słowa, myśli płyną jak krople wody po szybie, zniekształcając krajobraz za oknem. Ciepły oddech osiada na zimnym szkle i pozwala dostrzec jedynie wyblakłe kontury świata. Gęste jak asfalt niebo sączy się na wystrzępiony strop ganku i spływa po wytartych stopniach werandy, nadając im barwę i zapach świeżo zaoranej ziemi. Ta woń jest wszędzie. Las od niej pęcznieje i rośnie, szepty drzew stają się coraz głośniejsze, wyraźne jak nigdy dotąd. Ale nikt ich już nie słucha. Nawet ptaki. Spłoszył je odgłos ludzkich kroków. Od dawna nikt tędy nie przechodził. Kępy trawy pokryły ścieżkę, która kiedyś prowadziła do lasu. Ale oni pamiętają, którędy iść, za którym drzewem skręcić w lewo.
Już nie podbiegają co kilka kroków, nie depczą stonek, nie krzyczą. Spokojnie stawiają kroki i patrzą przed siebie. Patrzą tam, gdzie imiona żywych i umarłych, przypadkowo zasłyszane historie, rytm dnia i nocy – wszystko, co jeszcze do niedawna żyło swoim życiem, miarowo zastyga, odchodzi w zapomnienie lub kostnieje. Jeśli kostnieje, nie można już nigdy dotknąć tego bez świadomości, że sięga się po to, co należy do kogoś innego, że przekracza się sterylną granicę faktu. Jeśli odchodzi w niepamięć, to na zawsze stapia się w jedno z duszą tego, który żyje, z moją duszą...
Inez nie wychowała się w domu ze słoneczną werandą, ale każdego roku jeździła tam na wakacje. Inez wychowała się w jednym z podmiejskich blokowisk. Gdy była jeszcze bardzo mała, tak mała, że mogła się zmieścić pod liściem rabarbaru, brała pod pachę swoją ulubioną poduszkę, wspinała się na fotel w salonie i kładła się w poprzek. Patrzyła wtedy w okno albo w sufit i myślała o życiu innych ludzi. Wyobrażała sobie, że blok, w którym mieszka jest cały zrobiony ze szkła i kiedy tak leży w fotelu, to może zobaczyć, co robią wszyscy ludzie mieszkający nad nią, wyobrażała sobie, czym są zajęci. Wtedy czasem rozlegało się pukanie do drzwi i Inez dobrze wiedziała, że to pani Terenia, sąsiadka z góry, przyszła odwiedzić jej mamę. Kiedy matka Inez szła do kuchni zaparzyć wodę i zmielić ziarno kawy, dziewczynka uważnie przyglądała się siedzącej na sofie sąsiadce. Szczególnie podobały się jej długie białe palce i pomalowane czerwonym lakierem paznokcie pani Tereni.
Mała Inez bardzo lubiła kanapki z pomidorem. Kiedy mama je przygotowywała, Inez ściągała kawałki skórki z pomidora i kładła je sobie na palcach. Bawiła się wtedy, ze jest czarownicą. Bo oczywiście dziewczynka była przekonana, że pani Terenia jest czarownicą. Zawsze wiedziała, kiedy Inez ją podgląda przez szklany sufit i schodziła na dół, napić się kawy z jej mamą. Zjawiała się trochę naburmuszona i stroiła srogie miny, ale mała Inez wiedziała, że lubiła się z nią tak droczyć i tylko czekała, by złapać ją na gorącym uczynku. Sąsiadka miała czarnego kota. Inez często słyszała o tym, że ten kot nie korzysta z kuwety, tylko załatwia swoje potrzeby w toalecie, jak wszyscy domownicy. To był kolejny dowód na to, że pani Terenia nie jest zwyczajną sąsiadką, ale najprawdziwszą czarownicą.